Firliki

Posted on April 28, 2018
CategoryLifestyle
Rating
0.0

Opis bloga..

Opis bloga.

Ostatnio na blogu:

Firliki zrzuć balast, złap balans

  • Akcja #mowiedobreslowo. Pozytywna informacja zwrotna górą!
    by estera on October 22, 2020 at 11:21 am

    Mam wrażenie, że przykre komentarze bądź wypowiedzi, które mają u kogoś wykazać niedostatki – jakiekolwiek – przychodzą nam z łatwością. Robimy to automatycznie, tak samo jak bierzemy każdy następny oddech. Nie poświęcamy tej czynności większej refleksji. Zwłaszcza w Internecie, negatywne wypowiedzi mnożą się niczym chwasty w naszych ogródkach. I wydaje się, że możemy je plewić, stosować radykalne środki zaradcze – a one i tak się pojawiają w miejscu tego zwalczonego. Niektórzy „krytykę” tłumaczą wolnością słowa. Są też tacy, którzy czują się usprawiedliwieni, bo przecież komentują osobę publiczną. A jeszcze inni mają w nosie kogo i co komentują, chodzi o to, żeby po prostu „wyrzygać” swoją własną frustrację i bezradność. I nikomu nie zamierzają się z tego tłumaczyć. Jednocześnie, opinii swojej nie podpisują, pozostając anonimowymi komentatorami. A ja chcę, nie tyle powiedzieć #stophejtowi (co, mam wrażenie, ciągle niejako potęguje problem), ile zależy mi na tym, by mówić dobre słowo. Stąd akcja #mowiedobreslowo, do której mam nadzieję dołączycie. Czym właściwie jest akcja #mowiedobreslowo O co w tym wszystkim chodzi? Cała misja i jej przesłanie jest proste – wypieramy negatywny przekaz na rzecz pozytywnej informacji zwrotnej. Jeśli ktoś chce walczyć z hejtem, piętnować przykre komentarze, powielać złe wiadomości – proszę bardzo. Ja natomiast chcę się skupić na tym, na czym koncentrujemy się zbyt rzadko. Na wdzięczności. Nauczyliśmy się mieć oczekiwania i roszczenia. Wychowanie, a także edukacja skupia się na niwelowaniu naszych słabych stron kosztem wzmacniania tych pozytywnych. Znamy dobrze nasze słabości i wady, ponieważ otoczenie nie omieszkało nam je wskazać. Natomiast z trudem przychodzi mówienie dobrze o nas samych. I nie tylko. Rzadko też doceniamy innych. Nawet jeśli dostrzegamy, jak wiele dobrego wnoszą do naszego życia, to traktujemy to jako oczywistość, która naszego komentarza nie wymaga. A przecież każdy z nas łaknie dobrego słowa. Każdy chce wiedzieć, że to, co robi ma sens.  Pomyślałam – zamiast piętnować złe postawy zacznijmy promować te dobre! Przecież wokół nas są ludzie, którzy robią wiele dobrego. Niekoniecznie na dużą skalę. Może w obrębie lokalnej społeczności, a może wyłącznie w kręgu rodziny, ale jednak! Sprawiają, że nasz świat jest lepszy.   Do akcji można dołączyć na Instagramie. I nie tylko! W akcji w zasadzie można uczestniczyć zawsze i wszędzie! Jest to wręcz wskazane. Nie robimy tego dla siebie, to nie jest rodzaj konkurencji (choć nie wiem, może jednak powinna być 😉 ) – uczymy się doceniać osoby z naszego otoczenia. Praktykujemy dawanie pozytywnego feedbacku, ćwiczymy przy okazji wdzięczność. Możemy to robić codziennie (akcja jest bezterminowa), dzieląc się życzliwym słowem ze swoim otoczeniem. Dobre słowo możemy powiedzieć każdemu!  Masz w pracy koleżankę, która ma świetne pomysły? Dostrzegaj, doceniaj i chwal jej inwencję. Twoje dzieciaki wyprowadzają Cię z równowagi, ale w gruncie nie wyobrażasz sobie bez nich życia? Mów im to codziennie wieczorem do ucha, zanim zasną. Pani na straganie wybiera dla Ciebie najlepsze owoce? Nie zapomnij podziękować. Natomiast, jeśli masz konto na Instagramie, namawiam Cię, żebyś szerzył/a dobre słowo również tam. W jaki sposób? Wystarczy, że opublikujesz post bądź Insta Stories, w którym docenisz wybraną przez siebie osobę. Może to być ktoś, kogo obserwujesz lub ktoś w Twojego otoczenia. Tutaj nie ma żadnych ograniczeń. Forma również dowolna – wybierasz taką, która jest Tobie bliższa. Chcesz nagrać filmik – nie ma sprawy! Wkleić tekst w Insta Stories? Jak najbardziej! Pamiętaj jednak, żeby dodać #mowiedobreslowo oraz oznaczyć mnie @firliki – wtedy będę wiedziała, że dołączyłeś/aś do akcji. W ten sposób też cała inicjatywa ma szansę zwiększyć swój zasięg. Bo o to chodzi – by dobre słowo wyparło złe.           Wyświetl ten post na Instagramie.                       Post udostępniony przez 🔸O pozytywnej stronie życia🔸 (@firliki) Wrz 18, 2020 o 2:22 PDT . Jeśli zupełnie nie masz pomysłu jak Twoja wypowiedź mogłaby wyglądać, zobacz moje pierwsze nagranie inicjujące akcję. Robię to w takiej formie, bo chciałam, żeby dana osoba mogła usłyszeć, co chcę jej powiedzieć. Ty oczywiście nie musisz.             Wyświetl ten post na Instagramie.                       Post udostępniony przez 🔸O pozytywnej stronie życia🔸 (@firliki) Wrz 9, 2020 o 3:39 PDT   #mowiedobreslowo na Facebooku Nie masz konta na Instagramie, ale bardzo chciał/abyś tam opublikować dobre słowo? Przyklaskuję!!! Zasady są takie same. Jeśli chcesz, namawiaj inne osoby. Im nas więcej, tym świat dookoła stanie się bardziej życzliwy 🙂 Mam szczerą nadzieję, że już wkrótce #mowiedobreslowo będzie równie popularne, co #stophejt 😉 i że zamiast wzmacniać negatywne postawy, będzie promować te pozytywne.     Po więcej pozytywnych tekstów, wypełnionych dobrym słowem zapraszam do kategorii Myśl pozytywnie <- klik Artykuł Akcja #mowiedobreslowo. Pozytywna informacja zwrotna górą! pochodzi z serwisu Firliki. […]

  • Recenzja książki „Fejk. Kłamstwa, w które wierzymy” Daniele Aristarco
    by estera on September 8, 2020 at 10:12 am

    Tradycyjne media i media społecznościowe są naszym współczesnym oknem na świat. Te pierwsze dostarczają nam informacji zarówno z rodzimego podwórka, jak i z najodleglejszych zakątków globu ziemskiego. Te drugie (oprócz serwowania rozrywki) budują wzajemne relacje, umożliwiając kontakt z drugą osobą niezależnie od dystansu, który dzieli użytkowników. Smartfony stają się swoistym przedłużeniem ręki, dzięki czemu nie tracimy łączności z światem. W tramwaju, na przystanku, w poczekalni, w toalecie czy nawet idąc chodnikiem przez miasto zanurzamy się w wirtualnej przestrzeni. Istniejemy w dwóch równoległych wymiarach, faworyzując niekiedy rzeczywistość online. Czy znaczy to jednak, że jesteśmy świadomymi odbiorcami przekazywanych nam treści? Czy potrafimy odróżnić fikcję od prawdy, oddzielić ziarno od plew? Niechaj recenzja książki Fejk. Kłamstwa, w które wierzymy Daniele Aristarco będzie przyczynkiem aspirującym do znalezienia odpowiedzi na trapiące mnie pytania.   Czym jest fake news?     Wspomniana wyżej publikacja skierowana jest do młodzieży, co – uważam –  jest słuszną intencją. Choć wydaje się, że środki masowego przekazu są dla dorastających dzieci naturalnym komponentem otaczającej rzeczywistości, to nie znaczy, że są ich świadomymi użytkownikami, widzami, czytelnikami. Media to coś więcej niż tylko nieograniczony dostęp do informacji czy nowe technologie – to również forma komunikacji, której zadaniem jest oddziaływać i kształtować społeczne opinie. A tutaj rozgrywa się walka o „rząd dusz” – nie ma miejsca na nijakość, suchy styl czy obiektywizm. I choć bezstronne, wolne od emocji newsy są podstawą rzetelnego dziennikarstwa, to jednak klikalność i chęć zdobycia kolejnej „duszy” zwycięża. Widzimy to, na przykład, po tak zwanych klikbajtach. To sensacyjne nagłówki artykułów, które często nie są powiązane z samą treścią przekazu. Jeśli natomiast chodzi o styl wypowiedzi, bywa on często bardzo emocjonalny, zaś wygłaszane sądy mocno stronnicze. W takiej przestrzeni znakomicie odnajdują się fake newsy, czyli fałszywe informacje, które publikowane są, by wprowadzić czytelnika (tudzież widza) w błąd. Celem inicjatora czy nadawcy takiej wiadomości są korzyści finansowe lub polityczne. O tego typu newsach jest właśnie Fejk. Kłamstwa, w które wierzymy autorstwa Daniele Aristarco, włoskiego pedagoga i pisarza. Na odwrocie książki możemy przeczytać:   Fake news uświadamiają nam, że coraz trudniej jest odróżnić prawdę od fałszu. I o tym właśnie jest książka, którą trzymacie w dłoniach: o relacji pomiędzy prawdą a kłamstwem. Przeczytacie w niej o najsławniejszych kłamstwach w historii i dowiecie się, co sprawiło, że tak wielu ludzi uznało je za prawdę.     Fake news nie jest nowym zjawiskiem   Otóż to – rozpowszechnianie fake news’ów nie jest wymysłem współczesnych mediów, zjawisko owe znane jest od dawien dawna. Bazuje bowiem na podstawowych ludzkich emocjach i pragnieniach, takich jak strach, potrzeba przynależności czy wiara w cuda. To, co różni współczesne fałszywe wiadomości od tych sięgających choćby stulecie wstecz, to fakt, iż rozprzestrzeniają się o wiele szybciej i na większą skalę niż kiedyś. Umożliwiają to użytkownicy kanałów społecznościowych, którzy – często zupełnie bezwiednie i bez większej refleksji – udostępniają je na swoich profilach i kontach.  Jak zatem poznać, co jest prawdą, a co jest informacją wykreowaną po to, by wprowadzić odbiorcę w błąd? Autor książki podpowiada:   Jeśli jakaś wiadomość Was zaintryguje, zacznijcie grzebać głębiej! Internet oferuje możliwość porównania informacji na więcej niż jednej stronie. Sięgnijcie do kilku źródeł i zapoznajcie się z różnymi wersjami tej samej wiadomości. Przede wszystkim spróbujcie odizolować fakty od komentarzy. Opinie są ważne, ale zanim poznacie punkt widzenia ich autora, musicie zrozumieć, jaki jest fakt, do którego się odwołuje, czy jest istotny i czy wydarzył się naprawdę.   To tylko jedna ze wskazówek, młodzi czytelnicy mogą liczyć na więcej „tropów”, które pozwalają odróżnić prawdziwą informację od wiadomości fałszującej rzeczywistość. Ponadto, każdy rozdział książki to osobna historia, która jest odniesieniem do fejków, z którymi mieliśmy do czynienia na przestrzeni minionych dekad. Prowokacja gliwicka, sensacyjne doniesienia na temat Nessie, spekulacje dotyczące lądowania na Księżycu czy ogłoszenie najbardziej depresyjnego dnia w roku (Blue Monday) – któż z nas o tym nie słyszał! Pytanie, jak wielu z nas dało wiarę tym news’om?   Fejk. Kłamstwa, w które wierzymy – recenzja książki Daniele Aristarco   Każdy przykład w tej książce, to wyśmienity punkt wyjścia do głębszej refleksji nie tylko nad samymi mediami i ich rolą w kształtowaniu opinii publicznej. To okazja, by uświadomić sobie, że odbiorcy stanowią niezbędne ogniwo w całym procesie rozpowszechniania fake news’ów. Dlatego warto, by rodzice znali zawartość publikacji i zachęcili dziecko do wspólnej dyskusji. Zastanowili się, czy sami nie ulegli kiedyś manipulacji i uwierzyli w kłamstwo wyczytane w sieci. Rozłożyli na czynniki pierwsze wiadomości emitowane w programach informacyjnych czy drukowane w gazecie codziennej. Porównali rzetelne dziennikarstwo z fałszywymi news’ami.     Po lekturze niniejszej publikacji Twoje dziecko będzie podchodziło z dużo większą dozą sceptycyzmu do treści udostępnianych w Internecie. Będzie wiedziało, w jaki sposób sprawdzić czy dana informacja pochodzi z wiarygodnego źródła, odróżni rzeczową informację od wiadomości, która ma wywołać emocje i wprowadzić informacyjny chaos. Podsumowując, Fejk. Kłamstwa, w które wierzymy to pozycja, która w przystępny sposób wyjaśnia czym są fejki. Z całą pewnością potwierdza, iż jesteśmy podatni na wszelkiego rodzaju manipulacje. Czasem jednak dajemy się zwodzić, ponieważ tego potrzebujemy. Wolimy tkwić w sieci kłamstw zamiast odkryć (być może bolesną) prawdę o samych sobie. Nigdy jednak nie powinniśmy dać wiary zmyśleniom, które mogą krzywdzić innych. Chociażby dla takiej refleksji i konkluzji warto sięgnąć po ową książkę.     Fejk. Kłamstwa, w które wierzymy Daniele Aristarco, Wydawnictwo RM Artykuł Recenzja książki „Fejk. Kłamstwa, w które wierzymy” Daniele Aristarco pochodzi z serwisu Firliki. […]

  • Książki o emocjach dla dzieci
    by estera on August 13, 2020 at 5:29 am

    Świat dziecięcych emocji jest dla dorosłych często niezrozumiały. Reakcje maluchów wydają się nieadekwatne do sytuacji w której się znajdują – przynajmniej z punktu widzenia rodziców. Same dzieci zupełnie nie mają rozeznania w tych wszystkich emocjonalnych stanach, często nie potrafią ich nazwać czy wytłumaczyć skąd się wzięły. To zrozumiałe, wszak mają przed sobą całe życie, by nauczyć się je rozpoznawać i umiejętnie nimi rozporządzać. Z pomocą przychodzą książki o emocjach dla dzieci. Osobiście uważam, że wszelkiego rodzaju literatura dziecięca nie tylko tłumaczy dzieciom świat, ale również wspiera rodziców w procesie wychowania.     Dlatego chciałabym Wam pokazać naszą skromną biblioteczkę o emocjach, która wspiera mnie w procesie wychowania, a Synowi przybliża specyficzną i delikatną tematykę. Niedawno polecałam książkę Agnieszki Stążki-Gawrysiak Self-regulation. Opowieści dla dzieci o tym, jak działać, gdy emocje biorą górę, która jest propozycją idealną zarówno dla dorosłych, jak i naszych pociech. W tym wpisie przedstawię lektury stricte przeznaczone dla dzieciaków w wieku przedszkolnym. Oto one:     1. Aurélie Chien Chow Chine, Seria o Guciu, Wydawnictwo Debit   Każda książeczka to inna emocja. Jest strach, złość, smutek, wstyd i zazdrość. Wielkim walorem tej serii jest prostota, dlatego myślę, że będzie idealna już dla trzylatka. Bohaterem jest jednorożec Gucio, całkiem zwyczajny chłopiec, który codziennie przeżywa podobne rozterki jak inne dzieci w jego wieku. Niezwykła jest jednak jego grzywa, jej kolor bowiem mówi nam jak dzisiaj czuje się Gucio. Zależnie od stanu emocjonalnego bywa niebieska, pomarańczowa lub czerwona. Jeśli mieni się kolorami tęczy, to znaczy, że nasz bohater czuje się bardzo dobrze. Prosta wizualizacja skomplikowanego tematu z całą pewnością pomoże nieco lepiej zrozumieć trzylatkowi co się z nim dzieje, kiedy jest zawiedziony, przestraszony lub zasmucony.    Ilustracje: Aurélie Chien Chow Chine     2. Uczuciometr inspektora Krokodyla, Susanna Isern, Wydawnictwo Dwukropek   To takie mini kompendium po świecie emocji. Każda z nich ma określony wizerunek i imię, które ją charakteryzuje. Oprócz tego dowiadujemy się jakim okolicznościom towarzyszy smutek czy radość oraz w jakie sposób układa się nasza mimika, kiedy się, na przykład, złościmy. Co ciekawe, przedstawione tutaj emocje mają swoje natężenie i jeśli potrafimy dostrzec pierwszy, niski poziom owego uczucia, to jest szansa, by odpowiednio je ukierunkować.      Bardzo podoba mi się rozbudowana forma tej publikacji, temat został potraktowany bardzo kompleksowo. Dzięki temu dziecko poznaje genezę danej emocji, zachowania, które jej towarzyszą, a oprócz tego dowiaduje się jak nimi odpowiedni zarządzać. Ilustracje: Monica Carretero Książkę znajdziesz i kupisz klikając w link -> Uczuciometr inspektora Krokodyla     3. Uczucia, Libby Walden, Wydawnictwo Zielona Sowa   Emocje są tutaj opisane w poetycki sposób. Wierszowana forma z pewnością pomoże utrwalić dziecku wiadomości w niej zawarte. To także znakomita okazja, by przybliżyć mu świat poezji. Ujmowanie uczuć w piękne, plastyczne słowne obrazy uczy wrażliwości, a także dostrzegania subtelnych niuansów w świecie mocnych i wyrazistych przekazów (często też pozbawionych głębi). Zachwycające zaś ilustracje stanowią idealne dopełnienie treści, podkreślając nastroje podmiotu lirycznego odpowiednią tonacją. Myślę, że to bardzo wartościowa pozycja na rynku wydawniczym nie tylko ze względu na przekaz, ale także estetykę, którą warto budować w małym człowieku od najmłodszych lat. Bo przecież świat nie jest wyłącznie czarno-biały lub neonowy – zawiera całą paletę odcieni, w tym właśnie także emocjonalną.  Ilustracje: Richard Jones   4. Sam i Watson przeganiają gniew, Ghislaine Dulier, Wydawnictwo Adamada   Pojawia się trudne słowo jak wizualizacja, myślę więc, że książkę można czytać pięciolatkom lub sześciolatkom (choć ja zaczęłam czytać synowi jak miał cztery lata). Tytułowego Sama poznajemy, kiedy siedzi zezłoszczony w swoim pokoju i wydaje się, że ten gniew nigdy nie minie. Jednakże kot Watson udowadnia mu, że może wybrać jak chce się czuć, a pomaga w tym, wspomniana wcześniej, wizualizacja. W tym przypadku złość to ciemne chmury, które można przepędzić wiatrem, czyli powietrzem wypuszczanym nosem. Po kilku głębokich oddechach okazuje się, że chmurzyska odpływają, a na niebie pojawia się słońce. Książka cenna o tyle, że w zwięzły i obrazowy sposób podpowiada jak dziecko samo może przegonić swój gniew. Ilustracje: Bérengére Delaporte   5. Jestem wściekły! Jak pokonać złość, Dagmar Geisler, Wydawnictwo Jedność   Okazuje się, że złości poświęconych jest wiele książek, jedną z nich jest Jestem wściekły! Jak pokonać złość. Podoba mi się rozłożenie tematu na czynniki pierwsze. Najpierw dowiadujemy się, jakie zachowania wyzwala złość. Poznajemy zatem reakcje naszego organizmu (szybsze bicie serca, czerwona twarz), a także konkretne działania, które emocje ową wyrażają (krzyk, kopanie, bicie). Następna płaszczyzna problemu to jego geneza – co wywołuje gniew, jakie sytuacje bywają punktem zapalnym (odebranie zabawki, wyśmiewanie, zakaz). Kolejny, bardzo przydatny aspekt to triki pomocne w opanowaniu narastającej złości. Co można zrobić? Wrzeszczeć głośno przez okno (nie wiem czy to się rodzicom spodoba 😉 ), boksować pięściami w grubą poduszkę albo narysować wściekłego ludzika i podrzeć kartkę na maleńkie kawałki. Wszystkie sposoby, które nie wyrządzają krzywdy innym są dobre. Ilustracje: Dagmar Geisler     6. Kuku i historia pępka, Monika Kamińska, Wydawnictwo Mamania   Przepiękna historia, przy której zawsze łamie mi się głos, ilekroć ją czytam. Jest o szczególnej więzi, która łączy dziecko z matką. W oryginalny sposób porusza temat tęsknoty i znajduje proste rozwiązanie jak sobie z nią poradzić. Prosta i oszczędna forma wprowadza dziecko w problematykę rozstania i uczuć z nim związanych, pokazując jednocześnie jak zniwelować smutek wywołany rozłąką. Piękne jest to, że maluchy mogą zmierzyć się z tematem niekoniecznie łatwym i przyjemnym, ale podanym w taki sposób, że pozwala zdobyć cenną umiejętność – regulowania swoich stanów emocjonalnych! Ilustracje: Andrzej Tylkowski     7. Doris ma dość, Pija Lindenbaum, Wydawnictwo Zakamarki   Krótka historia, która porusza tak wiele wątków. Oprócz złości, którą tak często odczuwają dzieci jest poruszona tematyka rodziny patchworkowej. Skomplikowane relacje łączące tytułową Doris z resztą familii wybrzmiewają tutaj jako narastająca w dziewczynce złość. Towarzyszy jej niezrozumienie, niesprawiedliwość i poczucie krzywdy – to one w końcu popychają ją do powzięcia radykalnej decyzji. Doris postanawia opuścić dom i wyruszyć gdzieś: (…) gdzie można mieć takie ubranie, jakie się chce. I gdzie cały dzień jest wesołe miasteczko. Albo cyrk. I wszystko jest gratis, więc dzieci nie muszą ciągle o coś pytać.   Wędruje więc w nieznane, a im dalej idzie tym dłuższe stają się jej włosy. Po długiej wędrówce podczas której mija inne kraje, a przy okazji koleżanki – wpada niespodziewanie do rowu. Dół jest głęboki i wydaje się, że Doris nigdy się z niego nie wydostanie. Jednak myśl o przyszywanym bracie, który zawłaszczy sobie jej rower dodaje dziewczynce animuszu i wybiega z rowu za jednym zamachem. Postanawia zatem wrócić do domu, lecz kiedy wraca okazuje się, że rodzina nie zauważyła jej nieobecności. Gniew małej bohaterki osiąga apogeum, co objawia się między innymi długimi, czerwonymi pasmami włosów. Co było dalej? Przekonajcie się sami 😉 Ilustracje: Pija Lindenbaum     8. Kolorowy potwór, Anna Llenas, Wydawnictwo Mamania   Bardzo prosta książka z przepiękną szatą graficzną. I to właśnie ilustracje są mocna stroną tej publikacji. Stany emocjonalne zostały wyrażone kolorami – tradycyjnie czerwień to złość, radość zaś została skojarzona z żółcią. Jest jeszcze smutek, strach i spokój. Sugestywnym obrazom towarzyszy warstwa słowna, dość oszczędna i miejscami niemal poetycka:   Smutek zawsze za czymś tęskni. Jest łagodny jak morze, słodki jak deszczowe dni.   Tytułowy potwór budzi naszą sympatię, bowiem tak samo jak my czasem nie radzimy sobie z naszymi uczuciami, tak i on miewa emocjonalny mętlik w głowie. Ale spokojnie, z pomocą przybywa dziewczynka, która pokazuje mu jak zrobić porządek z całym tym galimatiasem. Ilustracje: Anna Llenas     9. Lew Staszek i siła uważności, Agnieszka Pawłowska, Wydawnictwo Poznańskie   Uważność to pojęcie, które w pewnych kręgach staje się coraz powszechniejsze. Tutaj dotyczy sfery naszych uczuć. Książka Agnieszki Pawłowskiej uczy dziecko zatrzymania się w danej chwili i uważnego spojrzenia na własne emocje. Bohaterem opowieści jest tytułowy lew Staszek, a także jego tata, król Edward, rządzący Królestwem Zwierząt. To właśnie on przekazuje synowi wiedzę godną mądrego władcy – pokazuje, jak siła uważności odpędza znad głowy burzowe chmury. Staszek zaczyna rozumieć, że walka jest bezcelowa, że tylko spokojne przyjrzenie się własnej złości i zaakceptowanie jej uwalnia od gniewu. Dowiaduje się przy tym, że odczuwanie tego rodzaju emocji nie jest niczym złym, o wiele ważniejsze jest to, co z ową emocją zrobimy. Jeśli i w Twoim życiu uważność odgrywa dużą rolę i chcesz by Twoje dziecko umiało z niej korzystać, to ta publikacja jest z całą pewnością dla Was. Ilustracje: Kinga Kałużna Artykuł Książki o emocjach dla dzieci pochodzi z serwisu Firliki. […]

  • Self-regulation. Opowieści dla dzieci o tym, jak działać, gdy emocje biorą górę” recenzja książki Agnieszki Stążki-Gawrysiak
    by estera on June 1, 2020 at 6:01 am

    Nie będę mistrzynią suspensu i od razu to napiszę: jestem tą książką zachwycona! Dawno nie czytałam „poradnika”, który tak bardzo byłby przekładalny na codzienne sytuacje, tak niesamowicie konkretny, a przez to praktyczny. Poradnik wzięłam w cudzysłów, ponieważ nie jest to typowa książka z poradami – aczkolwiek wskazówki w niej zawarte z całą pewnością przydadzą się rodzicom i wszelkim osobom zajmującymi się przedszkolakami. Self-regulation. Opowieść dla dzieci o tym jak działać, gdy emocje biorą górę, jak tytuł wskazuje, to publikacja również dla maluchów – i to właśnie jest w niej zachwycające. Chcecie więcej przykładów? Już służę.   O autorce i metodzie samoregulacji     Zanim jednak przejdę do wyłożenia swojej przepełnionej egzaltacją argumentacji, przybliżę Wam nieco sylwetkę autorki. Agnieszka Stążka-Gawrysiak to twórczyni bloga dylematki.pl. Jest jednocześnie profesjonalnym coachem, który – poprzez szkolenia, warsztaty, ale także blog – wspiera „wrażliwe osoby na drodze do życia nieobciążonego nadmiernym stresem i złością”. Na dylematki.pl trafiłam zgłębiając temat stresu u małych dzieci. Wcześniej przeczytałam sztandarową pozycję dotyczącą samoregulacji, a mianowicie Self-reg. Jak pomóc dziecku (i sobie) nie dać się stresowi i żyć pełnią możliwości Stuarta Shankera (powstałą we współpracy z Teresą Barker). Wtedy to po raz pierwszy spotkałam się z twierdzeniem, że nie ma niegrzecznych dzieci, a wszelkie „niewłaściwe” zachowania wynikają z nadmiernego stresu. Zachowania, które – poznając ich źródło – jesteśmy w stanie wyregulować.      Dla kogo jest Self-regulation. Opowieści dla dzieci o tym jak działać, kiedy emocje biorą górę   Jak wspominałam wcześniej, książka skierowana jest zarówno do dorosłych, jak i do dzieci. Scenki z udziałem trzyletniej Lenki i jej sześcioletniego brata Kuby śmiało można czytać swoim pociechom. Ja czytam swojemu czteroipółatkowi i widzę z jaką uwagą słucha. Wynika to pewnie ze zbieżności doświadczeń, bowiem bohaterowie przeżywają takie same rozterki jak wiele innych dzieci w podobnym wieku. I choć scenki są odzwierciedleniem naszych codziennych z dziećmi „potyczek”, to już sposób, w jaki książkowi rodzice rozmawiają ze swoimi pociechami jest raczej modelowy. I nie jest to bynajmniej zarzut, wręcz przeciwnie. Oto jedna z sytuacji:   Chcę pić! – mówi słabym głosem Lenka i odkłada kanapkę na talerz. Prosisz o picie? Już się robi! – odpowiada wesoło tata. Wstaje od stołu, idzie do kuchni i po chwili wraca z zielonym kubkiem pełnym wody. – Proszę bardzo: zielony, twój ulubiony! Ja nie chcę zielonego! Ja chcę różowy! – jęczy Lenka. To dla ciebie bardzo ważne? – upewnia się tata. Tak. Okropnie ważne… Skoro tak, to dostaniesz różowy – odpowiada uroczystym głosem tata. Idzie do kuchni po różowy kubek, po czym przelewa wodę z zielonego kubka do różowego. Nieeeee!!! – Lenka wydaje z siebie wściekły ryk. – Nie, nie, nie, nie, nie! – Dziewczynka raz po raz uderza piąstkami w stół.   Jak się domyślacie tata nie jest zadowolony z takiego obrotu sytuacji, traci cierpliwość – ale wtedy do akcji wkracza mama:   Chciałaś nową wodę? Nie z zielonego kubka? Tak! – Lenka szlocha. – Nie będę piła wody! Już nigdy!  Tata przewraca oczami i zajmuje swoje miejsce przy stole. Mama siada na podłodze obok Lenki i mówi do niej bardzo powoli i łagodnie: Widzę, że jest ci bardzo źle, córeczko. Jesteś chyba smutna i zawiedziona? Chciałaś różowy kubek i nową wodę. Lenka nadal płacze, ale zaczyna słuchać. Mama delikatnie masuje plecki dziewczynki, która powoli się uspokaja. Co możemy zrobić, żeby było ci trochę lepiej? – pyta mama. Przytul! – mówi Lenka. Wstaje i rzuca się w ramiona mamy. Po chwili Lenka, całkiem spokojna, puszcza mamę. Sięga po kubek i pije. Już nie ma dla niej znaczenia, czy to nowa woda, czy woda przelana z zielonego kubka.   Kiedy dziewczynka idzie spać, w kuchni zostaje tata z Kubą – starszym bratem Lenki:   Dlaczego ona tak się zachowuje? – pyta Kuba. – Ciocia Zosia wczoraj na placu zabaw mówiła, że Lenka jest niegrzeczna. Sądzę, że nie ma niegrzecznych dzieci. Są tylko dzieci, którym skończyło się paliwo i nie mają siły zachowywać się właściwie – odpowiada tata.   Paliwo? – Kuba się dziwi. – Nie jesteśmy przecież samochodami! Nie jesteśmy, ale tak jak samochody potrzebujemy czegoś, co daje nam energię. Dla samochodów tym czymś jest paliwo, a dla ludzi… Jak myślisz, co to takiego? Jedzenie i picie? – zgaduje Kuba. Dokładnie tak! A czego jeszcze potrzebujemy, żeby sprawnie działać? Hmm… Nie wiem. – Kuba zamyśla się. A kiedy czujesz się źle? – pyta tata. Kiedy jestem chory. Kiedy się zdenerwuję albo jestem smutny. Kiedy jest dużo dzieci i głośno krzyczą. Kiedy moi koledzy się kłócą. No i kiedy jestem niewyspany. Widzisz, synu, w każdej takiej sytuacji zużywa się twoja energia, podobnie jak samochód spala paliwo. Zwykle chcemy postępować tak, żeby nie sprawić komuś przykrości. Ale kiedy mamy bardzo mało energii, możemy zachowywać się inaczej, niż byśmy chcieli. Lenka była bardzo zmęczona i mało dziś zjadła, to dlatego tak gwałtownie zareagowała. Umie przecież poprosić o nową wodę, ale teraz nie była w stanie. Jej bak był prawie pusty.     Agnieszka Stążka-Gawrysiak pokazuje nam w ten sposób, jak postępować w przypadku, kiedy dziecko traci kontrolę nad swoimi emocjami. Są to wskazówki nie tylko dla dorosłych, ale również dla dzieci. Najmłodsi uczą się rozpoznawać i nazywać swoje stany emocjonalne, a także dowiadują się z czego one wynikają. Natomiast dorośli zyskują wiedzę na temat obszarów stresu i samoregulacji, a także w jaki sposób wykorzystywać przedstawioną metodę na co dzień. Zdążyłam już polecić książkę przedszkolance Syna i ona również podziela mój zachwyt. Mało tego, zakupiła swój własny egzemplarz i dzieli się opowiastkami z przedszkolakami. Równie pozytywną opinię wydał Młody, który codziennie sam przegląda książkę lub prosi mnie, bym mu poczytała. Najbardziej przemawia do niego porównanie człowieka do samochodu. Tak samo jak auto potrzebuje paliwa, żeby jechać dalej, tak my musimy zaspokajać swoje podstawowe potrzeby, by czuć się dobrze. Dzięki tej metaforze powtarza często: Jestem zły, muszę zatankować ;). Jak zatem widzicie, to publikacja dla rodziców, pedagogów, a także dla przedszkolaków.     Co mnie ujęło w książce   Urzekł mnie rozdział „O czytaniu, fikaniu nogami i bujanym fotelu”. Akcja rozgrywa się w przedszkolu podczas cyklicznego czytania dla dzieciaków. Czyta mama Bartka i wszyscy słuchają uważnie, zwłaszcza że gość używa rozmaitej tonacji. Tylko jeden Antek wydaje się nie być zainteresowany czytaną historią, kręci się i wierci przeszkadzając innym. I staje się rzecz niesamowita! Przedszkolanka rozmawia spokojnie z chłopcem, nie oceniając jego zachowania. Próbuje za to dociec, czemu nie może on usiedzieć w miejscu. Od słowa do słowa, okazuje się, że w domu, kiedy czyta mu mama może chodzić, robić fikołki. Pani proponuje mu wyjście kompromisowe, Antek może pobujać się na krześle na biegunach.  W ten sposób nie przeszkadza innym, a jednocześnie sam może skupić się na czytance.  Opisana wyżej sytuacja wydaje się czymś abstrakcyjnym w przedszkolu jakie ja znam. „W moich czasach” dziecko nie miało wiele do powiedzenia. Jeśli ktoś nie potrafił się zdyscyplinować wychowawczyni zazwyczaj stawiała do kąta. Nikt nie starał się zrozumieć przedszkolaka, przypisując mu po prostu niegrzeczne zachowanie. Myślę, że obecnie nasza świadomość jest nieco większa i wiemy, że karanie może i dyscyplinuje na daną chwilę, ale w żaden sposób nie rozwiązuje problemów. Wciąż jednak scenka opisana w książce jest bardziej propozycją niż standardem i trochę to pewnie potrwa zanim stanie się codziennością naszych dzieci.   Dużą wartością są osobne ramki dla dorosłych   A oto jak tłumaczy zachowanie Antka Agnieszka Stążka-Gawrysiak w specjalnej ramce dla rodziców lub pedagogów: Często takie ‚niegrzeczne’ zachowanie nie wynika ze świadomej decyzji dziecka, lecz jest efektem tego, że jego system nerwowy został przeciążony stresem ze względu na trudności z przetwarzaniem rozmaitych bodźców (np. wzrokowych, dźwiękowych, czuciowych) i przekazywanych informacji. Autorka tłumaczy dalej, że dzieci podobne do Antka jak najbardziej mogą odnaleźć się w tradycyjnym systemie edukacyjnym, jest jednak potrzebna dobra wola i praca ze strony rodziców i nauczycieli. Co można zrobić, przeczytamy w następnych słowach:   Czasem wystarczy położyć na krześle dziecka nadmuchiwaną gumową poduszkę, aby jego potrzeba ruchu została zaspokojona. Innym sposobem jest dawanie dzieciom podobnym do Antka niewielkich zadań wymagających ruchu: mogą pomagać w przygotowaniu sali do zajęć (przesunąć krzesła itd.), ścierać tablicę albo asystować nauczycielowi w jego zadaniach tak, żeby mogły wstawać i poruszać się częściej niż inni uczniowie.   To książka, dzięki której skorzysta cała rodzina   Zapewniam, że w każdym rozdziale książki odnajdziecie punkty styku z własnymi codziennymi „utarczkami” z dziećmi. Podczas lektury ciągle kiwałam głową ze zrozumieniem: Tak, znam to! lub Tak, Tymek też się tak zachowuje. To nie są historie hipotetyczne, wyssane z palca – w każdym zdaniu czuć, że autorka zna temat od podszewki. Nic dziwnego zresztą, sama jest matką, zatem jej źródłem są osobiste doświadczenia.  Po przeczytaniu każdego rozdziału warto z dzieckiem przedyskutować opisaną scenkę, upewnić się czy zrozumiało, czego dokładnie dotyczy. Jest to zatem pozycja nie tylko „do poczytania”, ale stanowi również świetny punkt wyjścia do pracy nad naszymi stresorami i szukania sposobów ich regulowania.  Nasze mamy powiedziałyby pewnie: Szkoda, że takiej książki nie było w naszych czasach. Łatwiej byłoby nam zrozumieć nasze dzieci, ale i swoje własne emocje. Jeśli się wahacie, to niepotrzebnie. To propozycja, która ułatwi Waszą komunikację z dziećmi, a także pozwoli wychować je na dorosłych, którzy potrafią rozpoznawać swoje stresory i w odpowiednim momencie je regulować.  Artykuł Self-regulation. Opowieści dla dzieci o tym, jak działać, gdy emocje biorą górę” recenzja książki Agnieszki Stążki-Gawrysiak pochodzi z serwisu Firliki. […]

  • Najbardziej inspirujące konta na Instagramie, które obserwuję
    by estera on February 10, 2020 at 3:51 am

    Przyznaję - nie mam czasu, żeby wnikliwe śledzić instagramowe życie, bo sama nie wyrabiam się z własnym. Zdarza się, że bezmyślnie skanuję wzrokiem te wszystkie piękne, aczkolwiek nieco nadmuchane konta. Są też takie, które przykuwają moją uwagę na dłużej. Wywołują różnego rodzaju stany emocjonalne. Artykuł Najbardziej inspirujące konta na Instagramie, które obserwuję pochodzi z serwisu Firliki. […]

  • Poronienia nawykowe – czy będę miała jeszcze dziecko?
    by estera on February 3, 2020 at 3:18 am

    Poroniłaś. To boli, boli jak cholera, bo nie takiego zakończenia się spodziewałaś. Miałaś plany, jakieś wyobrażenia, a zostałaś z niczym. Ronisz kolejny raz. I jeszcze raz, i jeszcze…Ciężko w jednym zdaniu zamknąć jak się z tym wszystkich czujesz. Ja czułam, że moje łono jest cmentarzyskiem i bardzo zwątpiłam w swoje kobiece kompetencje. Ale najgorsze było pytanie: Czy ja w ogóle zostanę matką? Poronienia nawykowe – czy będę miała jeszcze dziecko? Co mówili lekarze, kiedy straciłam dziecko po raz pierwszy? Tego nie dało się przewidzieć, to niczyja wina. Niczego więcej nie słuchałam, nic nie chciałam wiedzieć. Pragnęłam jak najszybciej zamknąć ten rozdział w moim życiu. Nie pozwoliłam sobie na żałobę. Nie prosiłam o pomoc. Minęły lata zanim po raz kolejny zaszłam w ciążę. I znowu to samo. Choć trochę inaczej. Wszystko potoczyło się tak szybko! Zanim zdążyłam zaakceptować, że będę mamą, przestałam nią być. Każde kolejne poronienie, to mniejsze szanse na urodzenie dziecka – powiedział mi doktor w szpitalu. Za trzecim razem był gniew i poczucie niesprawiedliwości. Przecież tym razem miało być dobrze, tym razem miał być happy end. Lekarka prowadząca nie poczuwała się w żaden sposób do winy (uważaliśmy, że powinna). W szpitalu po raz pierwszy usłyszałam termin poronienia nawykowe. Tam też spotkaliśmy dawną koleżankę Męża, okazało się, że pracuje na oddziale. Zwracamy się do niej z prośbą o radę. Co mamy dalej robić? W czwartej ciąży wiemy już, że mam się zgłosić do kliniki, która funkcjonuje przy szpitalu. Niestety serce dziecka nie tętni, na nic nasza wiedza i świadomość. Tym razem nie wierzę i nie mogę się z tym pogodzić. To nieprawda, to nieprawda – powtarzam przez łzy. To jednak prawda. Wszystko skończone… …parę miesięcy później jestem w ciąży, dowiaduję się o tym w dwunastym tygodniu jej trwania! Szok! Jak sobie poradzić z lękiem? Jak okiełznać niepokój? Postanawiam, że przyjmę każdy scenariusz, choć wiem, że jeśli poronię po raz piąty, poddam się, przestanę walczyć. Pojawia się plamienie. Jestem w rozsypce. Na Izbie Przyjęć pielęgniarka (chyba) przekonuje mnie, że wszystko jest w porządku, że mój stres w niczym nie pomaga. Ale jak się nie stresować, kiedy każde plamienie oznaczało jedno?! Jak można odmówić badania kobiecie, która poroniła cztery razy? Co z tego, że byłam dzień wcześniej i wszystko było dobrze, a następnego dnia mam mieć badania prenatalne, skoro dzisiaj może nastąpić rozwiązanie – nieszczęśliwe niestety… …podejmuję decyzję – wracam do domu. Jak to? – zapytacie – Kobieta w ciąży z obciążonym wywiadem ginekologicznym mimo plamienia rezygnuje ze swojego prawa do badania? Uwierzcie, że czułam się w tej chwili, jakbym stawiała życie mojego dziecka na szali, obiecałam sobie jednak, że w razie narastającego niepokoju i innych symptomów wracam natychmiast. Jednocześnie mam świadomość, że to wtedy nastąpił przełom. Zaufałam lekarzom, opatrzności, Bogu. Pogodziłam się z tym, co przyniesie mi życie. Zakończenie tego scenariusza nie było mi znane, ale sama sobie powiedziałam: Urodzę.  A w życiu często bywa tak, że kiedy odpuszczamy, dostajemy to, czego pragniemy. Faktycznie, urodziłam. I niestety, mam takie poczucie, że dopiero w piątej ciąży otrzymałam fachową opiekę. Jak powinna być prowadzona ciąża kobiety, u której stwierdzono poronienia nawykowe? Zanim odpowiem na te pytanie, uprzedzam: nie jestem ekspertem, nie skończyłam medycyny, bazuję wyłącznie na osobistym doświadczeniu. Ten tekst powstał ku pokrzepieniu, lecz także jako forma wskazówki od osoby, która poronień nawykowych doświadczyła. Najważniejsze: poronienia nawracające nie wykluczają posiadania potomstwa! Problemem bowiem nie jest niepłodność (bo do zapłodnienia dochodzi), tylko z donoszeniem ciąży. Przy obciążonym wywiadzie ginekologiczno-położniczym warto udać się do kliniki przy szpitalu. Dlaczego? Przede wszystkim mają tam duże doświadczenie w prowadzeniu ciąż zagrożonych przedwczesnym porodem. I co ważne: zlecą wykonanie badań, których celem jest ustalenie przyczyny dotychczasowych poronień. W piątej ciąży oprócz standardowych badań zrobiłam również: ♦ badanie kariotypu – pozwala ono na stwierdzenie nieprawidłowości w budowie chromosomów, które mogą być odpowiedzialne za występowanie samoistnych poronień. Badanie takie robi zarówno kobieta, jak i mężczyzna. ♦ badanie prenatalne – refundowane od 35 roku życia, gdyż wtedy ryzyko urodzenia dziecka z wadą genetyczną się zwiększa. ♦ na wykluczenie bądź stwierdzenie zespołu antyfospolidowego. Nie udało się jednak jednoznacznie ustalić czemu tak często roniłam. W dwóch przypadkach była to zapewne niewydolność szyjki macicy, w dwóch pozostałych – nie wiadomo. Może się zdarzyć, że i w Twoim przypadku nie uda się znaleźć przyczyny. Jak zatem przeciwdziałać, kiedy nie wiadomo z czym walczymy? Cóż, myślę że to bardzo indywidualna kwestia zależna od wielu czynników i ostatecznie zadecyduje pewnie specjalista. Poronienia nawykowe, a lekarz prowadzący Moja Pani Doktor przyjęła zasadę „chuchamy na zimne” i starała się na wszelkich możliwych frontach zawalczyć o tę ciążę. Mimo iż wyniki badań nie wskazywały zespołu antyfospolidowego codziennie robiłam zastrzyki przeciwzakrzepowe w brzuch i łykałam acard. Szew McDonalda chronił mnie przed rozszerzaniem się szyjki macicy i przedwczesnym porodem. Podczas każdej wizyty (chodziłam co dwa tygodnie) ginekolożka robiła usg i zawsze badała mnie dokładnie. Często też zlecała posiew z pochwy – jej infekcje mogą bowiem prowadzić do przedwczesnego porodu. Istotna też była świadomość, że w każdej chwili mogę zgłosić się do swojej lekarki. Że rozumie mój niepokój i nie stara się go stłumić poklepywaniem po plecach i zapewnianiem, że się uda. Tak od siebie: jeśli poroniłaś więcej niż jeden raz znajdź lekarza, któremu zaufasz. Ale! Lekarza, który ma doświadczenie w prowadzeniu ciąż z obciążonym wywiadem. A jeszcze lepiej zgłoś się do Poradni Patologii Ciąży i Chorób Kobiecych. Tam obejmą Cię kompleksową opieką, i nie chodzi tylko o sprzęt czy o możliwość wykonania różnego rodzaju badania – chodzi też o wiedzę i doświadczenie.    Jeśli poroniłaś i szukasz informacji, chcesz wiedzieć jak to wyglądało u mnie to kliknij koniecznie tutaj ⇒ Poroniłam – to specjalna kategoria na blogu stworzona z myślą właśnie o Tobie.   Artykuł Poronienia nawykowe – czy będę miała jeszcze dziecko? pochodzi z serwisu Firliki. […]

  • Czy nauczyciele to nieroby, a rodzice to „nowobogaccy ynteligenci”?
    by estera on March 26, 2019 at 6:11 am

    Nie znoszę internetowych „dyskusji” i w nich nie uczestniczę. Parę takich przeczytałam i powiedziałam sobie: Stop! Nie będę na to tracić czasu. Bo one są jak wydmuszki, forma ciekawa dla oka, ale w środku – pusto! Frustraci wylewają swoje żale niczym pomyje i wcale nie chcą się porozumieć czy zrozumieć. Codziennie skanuję nagłówki, nie zgłębiając jednak tematu. Ale ostatnio przeczytałam tekst, który miał być odpowiedzią na owe „internetowe pomyje”. Nie wiem jaki zamiar przyświecał autorowi, ale z mojego punktu widzenia faceta zirytowały obraźliwe komentarze, więc postanowił, że też kogoś obrazi.   Czy nauczyciele to nieroby?   Dlaczego w ogóle poświęcam temu uwagę, skoro wcześniej wyznałam, że nie angażuję się w puste spory? Bo miałam pewne oczekiwania wobec tego tekstu, a on mnie rozczarował. I wkurzył. Bo otrzymałam zapewnienie, że to mocna i prawdziwa treść, a w moim odczuciu jest ona po prostu tendencyjna. Jestem też zmęczona stylem, pojawiających się w Internecie wypowiedzi. Tym, że MY POLACY, lubimy wszystko polaryzować. Jest między nami jakiś mur, który dzieli ludzi na tych co na lewo, i tych co na prawo. Tych co mają albo nie mają. Na będących PRO bądź tych, co są ANTY. Na dobre matki, co to karmią piersią i na złe, które podają modyfikowaną truciznę. Wszyscy mają problem, ale nikt nie szuka rozwiązań. Dlatego stwierdziłam, że „dam głos”. Nie, nie opowiem się po żadnej ze stron. Chcę tylko poprosić Was o uważną lekturę i chwilę refleksji. Bo tego chyba najmniej w obecnych czasach. Moim punktem wyjścia jest tekst Jacka Jaworskiego „Nauczyciele – leniwe nieroby, które wiecznie narzekają”, który pojawił się gościnnie na blogu MumMe*. Ale tak naprawdę to pretekst do powiedzenia Wam czegoś znacznie ważniejszego. Słowem wprowadzenia: Tematem podsycającym społeczne nastroje są podwyżki dla nauczycieli. W Internecie aż huczy od nieprzychylnych komentarzy całej rzeszy ludu polskiego. Wśród nich króluje opinia, że kadra nauczycielska nic nie robi, a chce pieniędzy. Że przecież im tak dobrze, bo tyle wolnego i zaledwie 18 godzin tygodniowo pracują. Wszystko to okraszone wyzwiskami, podlane jadem, zaakcentowane wulgaryzmami. Tak zwany hejt. Nie jest więc żadnym zaskoczeniem, że pojawiają się kontrargumenty. Taką „odpowiedzią” jest wspomniany przeze mnie tekst Pana Jaworskiego.   Oto pierwsze, wstępne zdanie:     Nauczyciele to banda leniwych nierobów, którzy mają za dużo wolnego czasu i ciągle narzekają, że za mało zarabiają.   To kwintesencja zamieszczonych w Internecie komentarzy, których adresatami są nauczyciele natychmiast zripostowane przez autora w formie pytajników:     Naprawdę tak o nich myślicie? O ludziach, którzy zaraz po Was są najważniejszymi osobami w życiu Waszych dzieci? (…) kształtują osobowość i przyszłe zainteresowania Waszych dzieci? (…) którzy dostarczają Waszym dzieciom podstawowej wiedzy, aby Wasze dzieci mogły osiągnąć sukces w przyszłości? (…) którzy starają się naprawić Wasze błędy wychowawcze?   Czy rodzice to nowobogaccy ynteligenci?     Zupełnie, ale to zupełnie nie rozumiem czemu Pan Jaworski odwołuje się do komentarzy zawartych w Internecie. Czy naprawdę uważa, że są one miarodajne, wiarygodne, konstruktywne i zapraszające do rozmowy? Pewne jest, że już na początku buduje dystans: nauczyciele, którzy niosą kaganek oświaty i wręcz naprawiają dzieci kontra rodzice, którzy popełniają błędy wychowawcze. Czy widzicie to samo co ja? Autor wcale nie zamierza rozmawiać, uświadamiać – staje po prostu po drugiej stronie barykady i atakuje schematami, uogólnieniami i, między wierszami, obraża. Obraża rodziców, bo o reszcie społeczeństwa, która wiesza psy na nauczycielach zapomniał. W jaki sposób obraża? Zakładając, że wszyscy rodzice popełniają błędy wychowawcze, które nauczyciele muszą korygować. Wystarczyłoby napisać „naprawić błędy niektórych z Was” i zdanie miałoby zupełnie inny wydźwięk. Zresztą samo założenie, że ktoś inny musi naprawiać czyjeś dzieci jest samo w sobie obraźliwe. Jeśli po tych słowach ktoś nie poczuł się urażony, to stwierdzenie:   (…) szkoła nie jest od wychowania Twojego niewychowanego i rozpuszczonego dziecka.   może już nieco ciśnienie podnieść.   To jednak jeszcze nie koniec zarzutów wobec rodziców. W skrócie: współcześni rodzice to „elyta”, wchodząca do szkoły niemal z buta. Roszczeniowi, zapatrzeni w swoją dziatwę. Tacy nowobogaccy ynteligenci, którym się wydaje, że są mądrzejsi, bo mają więcej peelenów na koncie, a żadnego dyplomu. I żeby chociaż Pan Jaworski zaznaczył, że jest pewien typ rodziców, ale nie! Stawia wspólny mianownik dla rodzicielskiej społeczności, jednocześnie tłumacząc, że tak, jak są źli i dobrzy policjanci, kasjerki czy sprzedawcy, tak samo są dobrzy i źli nauczyciele. Ale rodzice już nie.   Czy warto prowadzić internetowe dyskusje?   W kontrze, rzecz jasna, są nauczyciele, którzy należą do wyższej klasy społecznej. To właśnie oni wiedzą i widzą lepiej. Z racji wykształcenia oczywiście.  Należy ich szanować, nie wypada polemizować, ponieważ w 99% przypadków mają rację. Są obiektywni i można ich co najwyżej poprosić o spotkanie w sprawie dziecka… Ja rozumiem, autor stanął w obronie nauczycieli. Zaatakował tych, co zaatakowali pierwsi. Niby nie można mieć pretensji. Niby można przymknąć oko, że przedstawiona rzeczywistość jest wybiórcza, ale… Razi mnie w tym tekście arogancja i niespójność. Razi brak rzetelnych argumentów.  Same truizmy i uogólnienia. Po co pisać taki wywód? Czemu on służy? Czy jest lepszy niż cała reszta komentarzy w Internecie? Chciałabym wierzyć, że w realnym świecie jest lepiej, że jednak potrafimy rozmawiać. Jednak z moich obserwacji wynika, że komunikacja – taka codzienna, międzyludzka – mocno kuleje. Rzadko kiedy wykazujemy dobrą wolę, skupiamy się na tym, by udowodnić, że moja racja jest mojsza, mamy problem z zaakceptowaniem tego, że ktoś może mieć odmienny punkt widzenia.  Walczymy ze sobą, chcemy zmieniać innych, cały świat, ale powinniśmy zrozumieć, że punktem wyjścia jesteśmy my sami. Wszystko co się dzieje, jest konsekwencją tego, jakie mamy nastawienie. Pan Jaworski może i chciał dobrze. Ale jedyne co zrobił, to spolaryzował rzeczywistość, w której ci źli, to rodzice. Kiedy pierwszy raz przeczytałam ową przemowę do rodziców zezłościłam się. Co za bzdury! Ile argumentów cisnęło mi się na usta, byłam gotowa napisać rzeczowy tekst, który obnażyłby luki w rozumowaniu tegoż Pana. Zaczęłam więc pisać. I kiedy czytacie TE WŁAŚNIE SŁOWA, minął mniej więcej miesiąc od kiedy napisałam pierwsze zdanie… …w internetowej przestrzeni treści mają krótki termin ważności. To, co było przed chwilą za parę minut, czasem nawet sekund, dezaktualizuje się. To nie rozgrywka szachowa, to nie medytacja czy dywagacja – tutaj wszystko działa na zasadzie AKCJA-REAKCJA. I jeśli decyduję się opublikować swoją opinię, która jednocześnie jest reakcją na inną wypowiedź, to w internetowej rzeczywistości jest to reakcja godna flegmatyka ;-). Dzięki  temu, że codziennie pisałam kawałek po kawałku moja irytacja malała, co pozwoliło mi spojrzeć na wszystko trzeźwiejszym okiem. Zrozumiałam, że nie chcę dołączyć do grona osób, które uprawiają żonglerkę słowną po to, żeby zaspokoić swoje ego, a adwersarza wgnieść w fotel. Prawda jest taka, że w świecie internetowych dyskusji…   …komentujący nie szukają porozumienia. Brakuje w ich komentarzach rzeczowych argumentów. Nie zależy im na komunikacji i wysłuchaniu drugiej strony.   Ważna jest ta chwila, w której można, bez zupełnej odpowiedzialności wylać z siebie żółć i gorycz, a następnie nacisnąć enter. To, co się dzieje później, w wirtualnej przestrzeni i poza nią nie ma już znaczenia. Najważniejsza jest ta satysfakcja, ta ulga, poczucie mocy. A może nawet poczucie spełnienia?.. Bo o to zrobiłem/am coś, na co w codziennym życiu nie mam odwagi – wyraziłem/am opinię! Bo co innego powiedzieć, że film mi się nie podobał i szkoda na niego  pieniędzy, a co innego walnąć komuś prosto w twarz: jesteś nieudacznikiem! Jesteś złodziejem! Jesteś żenujący! Co innego zwrócić uwagę kumplowi, że jeździ jak wariat, mężowi zarzucić, że się w ogóle nie stara, a co innego zareagować, kiedy jesteśmy świadkami agresji czy szczerze porozmawiać z szefem o warunkach w pracy.    Kiedy piszemy komentarz nie patrzymy nikomu w twarz, nie zaglądamy głęboko w oczy.   Nie bierzemy odpowiedzialności za wystukane na klawiaturze słowa. Bo właściwie jakie konsekwencje poniesiemy? Zresztą, rzadko kiedy widzimy w tym coś nagannego. Jesteśmy przekonani, że TYLKO wyraziliśmy swoje zdanie, nic więcej. Poza tym jeśli coś lub ktoś należy do sfery publicznej, to siłą rzeczy jest wystawione na krytykę i z takową powinien się liczyć. Pomijam, że w większości przypadków to, co bywa nazywane krytyką jest zazwyczaj aktem przemocy słownej. Równie ważne jest, żebyśmy zaczęli dostrzegać drugie dno tej niekończącej się, internetowej batalii. Oczywiście gorąco namawiam do stawiania konkretnych argumentów, do kulturalnej wymiany zdań, do mediacji – przede wszystkim jednak chciałabym, żebyśmy się nauczyli „czytać Internet”. Zupełnie nie znamy języka tej cyberprzestrzeni, którą nieustannie programują miliony ludzi. Nie weryfikujemy sądów w niej zawartych, prawdopodobnie po prostu nie umiemy. „Łykamy” bez zastanowienia to, co serwują nam różnego rodzaju podmioty, dając wszystkiemu wiarę.  Czy macie świadomość, że często to MY ODBIORCY, mamy wpływ na treści, które pojawiają w sieci? To my napędzamy tę machinę! Szukamy sensacji i rozrywki. Pragniemy wzruszeń, ale i chcemy wiedzieć kto, z kim i dlaczego? Nie mamy czasu zgłębiać tematu, więc często czytamy tylko nagłówki i parę pierwszych zdań – tak zwany lead. A to z kolei determinuje formę postów czy artykułów zamieszczanych w sieci. Na przykład tytuły – zauważyliście, jaki nagłówek pojawił na wstępie tego tekstu? Przypominam: Czy nauczyciele to nieroby, a rodzice to „nowobogaccy ynteligenci”?  Czego spodziewaliście się po takim tytule? Zapewne tego, że przeczytacie wywód na temat nauczycieli i rodziców. Że albo udowodnię „winę”, albo stanę w obronie. Ile razy zdarzyło Wam się kliknąć w link, bo tytuł wydawał się sensacyjny lub intrygujący – a tu wielka ściema i żenua? Ja sama dałam się zwieść, poświęciłam swój czas na lekturę czegoś, co było jednostronnym monologiem, pozbawionym solidnej argumentacji. Zwiodło mnie przekonanie, że znajdę konkrety, które pokażą jak naprawdę wygląda praca nauczyciela. Połknęłam haczyk i byłam gotowa wdać się w dyskusję. To czy odbiorca przeczyta (wnikliwie), czy nie, jest kwestią drugorzędną. Liczy się, że w ogóle kliknął. A jeśli zareaguje to już „chwała na wysokościach”, bo to podbija statystyki i dobrze pozycjonuje artykuł. I nie ma znaczenia czy odzew jest pozytywny. Zastanówmy się, czy warto angażować się w spory, które toczą się pod postami na portalach siakich i owakich. Czy nasz głos jest istotny, komu i czemu służy? Pomyślmy, czy cokolwiek zmienimy. Przecież za chwilę nasz komentarz zginie wśród setek innych. Przecież za moment cały wątek wyprze jakiś równie ekscytujący, topowy temat. Nie dajmy sobą sterować! Szkoda czasu na jałowe dyskusje, które co najwyżej podniosą nam ciśnienie. Ugryźmy temat z innej strony. Nie musimy się godzić za zalew złych informacji. Możemy zignorować prowokacje.  Na początek namawiam do udziału w mojej akcji #podajdalejdobro Zasady są bardzo proste. Zamieniamy nasze tablice na Facebooku, Twiterze, Instagramie w witryny eksponujące dobre treści. Co to właściwie znaczy? Znaczy to tyle, że w opozycji do informacji typu: ukradł, zabił, jak się ubrał i z kim go widziano, publikujemy posty z pozytywnym przekazem. Miejmy oczy i uszy otwarte na historie, które wzruszają i dają nadzieję. To może być coś, co przydarzyło się nam samym. To także wartościowy artykuł, który nas jakoś wzbogacił.  Napisz o tym parę słów i opublikuj na swojej tablicy. Jeśli to cytat – udostępnij. Podziel się dobrem. Kiedy? Zawsze! To nie jest jednorazowa akcja, nie ma ram czasowych. Zawsze, kiedy uznasz, że warto podzielić się dobrem – zrób to! I koniecznie dodaj hasztag #podajdalejdobro, żebyśmy się mogli znaleźć. Im nas więcej, tym lepiej. Jest szansa, że zdominujemy napływ miałkich, bezwartościowych, agresywnych treści. *Jeśli chcecie przeczytać tekst, o którym wspominam w poście kliknij -> Nauczyciele – leniwe nieroby, które wiecznie narzekają   Artykuł Czy nauczyciele to nieroby, a rodzice to „nowobogaccy ynteligenci”? pochodzi z serwisu Firliki. […]

  • Jak rozmawiać z kobietą, która poroniła? Koniecznie przeczytaj
    by estera on November 20, 2018 at 12:53 pm

    Nie masz pojęcia, co powiedzieć kobiecie, która poroniła? Przeczytaj proszę ten tekst! Bywają sytuacje, kiedy brakuje nam słów. Czasem czyjeś cierpienie wywołuje w nas, oprócz współczucia, skrępowanie. Zwłaszcza, jeśli między nami, a tą drugą osobą nie ma bliższej więzi. Najczęściej klepiemy standardowe formułki, żeby pokazać, że nie jesteśmy obojętni wobec tragedii. Z doświadczenia wiem, że niektóre komentarze (niewinne z naszego punktu widzenia) mogą urazić bardziej niż brak reakcji. Jak rozmawiać z kobietą, która poroniła? Przede wszystkim opowiem Ci, co czuje niespełniona matka. Podzielę się skrawkami mojej historii, zacytuję też wypowiedzi bohaterek książki „Przerwane oczekiwanie. Poradnik dla kobiet po poronieniu”, której autorką jest Giorgia Cozza. Możliwe, że te zwierzenia pozwolą Ci zrozumieć, jakie słowa lub reakcja jest właściwa w odniesieniu do kobiety, która straciła dziecko. Pierwsze sygnały nadchodzącego nieszczęścia wywołują strach i niepokój. Łzy same cisną się do oczu, bo wiesz, że skurcze i krew sygnalizują rzeczy ostateczne. A kiedy bada Cię kilku lekarzy, i każdy potwierdza ową ostateczną wersję wydarzeń strach się potęguje. Ciało dygocze jak w febrze, raz po raz wstrząsane spazmami. Wiesz, że za chwilę to usłyszysz, lekarz ogłosi swój werdykt zaczynając: Niestety, ale… Wszystko, co dzieje się potem, nie pozwala oswoić się z sytuacją. W ułamkach sekund Twój status zmienia się nieodwracalnie: z przyszłej matki w ciało, wydalające inne ciało. Kiedy kilku różnych położników wsadza dłoń w Twoje łono i dosłownie w nim gmera, wiesz, że w tej chwili Twoja podmiotowość nie ma znaczenia. Nie ma miejsca na pytanie: Co czuje podmiot liryczny, kiedy życie z niego uchodzi?   Wchodzimy do gabinetu i… od tej chwili wspomnienia zaczynają się zacierać. Pamiętam jedynie wielki strach! I ogrom rozpaczy. Nie słychać bicia serca dziecka! Badanie rejestruje jedynie skurcze, które przybierają na sile, lecz ja już nie czuję bólu. Zdaje mi się, jakbym była zawieszona  pomiędzy dwoma światami, nawet zdaje mi się, że spoglądam na siebie z góry, jak leżę na łóżku, zaraz zacznę płakać, a lekarze wchodzą i wychodzą, manipulując przy moim ciele w miejscu, które wcześniej uważałam za „święte”, a teraz nawet nie zdaję sobie sprawy z tego, że je „bezczeszczą”. Fragment z książki „Przerwane oczekiwanie. Poradnik dla kobiet po poronieniu”, Giorgia Cozza   Dowiadujesz się, że musisz „urodzić” dziecko – jakkolwiek by to paradoksalnie nie brzmiało. Dostajesz oksytocynę. Skurcze się nasilają. Odchodzą wody płodowe. Jedziesz na operacyjną, żeby mogli wyłyżeczkować niedoszłe istnienie. Wszystko jest takie jałowe, jak medyczne przyrządy. A potem przychodzi otępienie. Może po znieczuleniu. A może to zmęczenie umysłu, który próbował zracjonalizować sytuację? Personel pyta: pogrzeb czy utylizacja. To drugie, nie chcę pamiętać. Wychodzę do domu. Piersi nabrzmiewają. Są pełne pokarmu, bolą, przypominają. Zostaję sama w domu. Jestem w szoku. Nie spodziewałam się. Nie przypuszczałam. Owszem, zastanawiałam się jak będzie wyglądać moje życie, kiedy dziecko się urodzi. Nie zakładałam jednak, że jest rewers, jakaś równoległa rzeczywistość… Czuję się oszukana. Bezsilna. Bezwolna. Dlaczego to się stało? Obwiniam się. Analizuję. Widzę kobiety w ciąży i zadaję sobie pytanie: Czemu one mogą, a ja nie? Czuję się wybrakowana. Esterka-Usterka. Jestem sama. A potem słyszę:  Szybko do siebie doszłaś. Och, jak mnie zraniły te słowa. Dla niektórych żałoba, depresja to coś widocznego gołym okiem. Czyjeś cierpienie odmierzają ilością wylanych łez, czernią ubrań, liczbą dni spędzonych w łóżku… A to tak nie wygląda. To w ogóle nie wygląda. To jest cichy, niewidoczny, dożywotni towarzysz. Coś, co nie ma skali, i co nie daje o sobie zapomnieć. Wartościowanie tego przez postronne osoby nie ukoi bólu. Nie jest żadną formą pocieszenia. A potem rozmowy typu: myślicie o dzieciach? Kiedy dziecko? … Pomijam, że tego typu pytania z natury rzeczy są niestosowne. Niestosowne są tym bardziej, kiedy rodzice doświadczyli straty. Jeśli więc chcesz rozmawiać z kobietą, która poroniła, o dzieciach, które jeszcze może mieć – TO UGRYŹ SIĘ W JĘZYK! Umniejszasz w ten sposób istnienie, które dla Ciebie być może nie ma wartości, a któremu niedoszła matka chce nadać szczególną rangę. Dlaczego to dla niej takie ważne? Bo ma na to wpływ. Bo ma nad tym kontrolę. Bo samo poronienie odziera z majestatu właściwemu cudowi życia. Bo inaczej odbiera się poród i wita nowo narodzonego obywatela, a inaczej poronienie w toku i martwy płód. Inne nazewnictwo, inna ranga wydarzenia, inne traktowanie. Kiedy rodzisz wszyscy Ci gratulują, nowina się niesie po świecie, jesteś dumną matką. Kiedy ronisz „wydalasz niedoskonały twór”, nikomu nie obwieszczasz „nowiny”, nikt nie wie jak z Tobą rozmawiać. Robisz więc co możesz, żeby to wszystko, co się wydarzyło, miało znaczenie. Bo dla ciebie ma to znaczenie. To nie jest epizod, scena do wycięcia, coś, co można zastąpić czymś innym.   Pamiętam chwilę przed podaniem narkozy, pogaduszki pielęgniarek, które organizowały wyjście do pubu z okazji Dnia Kobiet. Ja nie miałam czego świętować, wiedziałam, że nikt nie będzie mógł zrozumieć mojego dramatu, dla wszystkich było to zdarzenie małej wagi, któremu łatwo można było, zaradzić, wystarczyło spróbować znowu i znów zaszłabym w ciążę. W życiu nic się nie powtarza. To spektakl improwizowany, bez scenariusza, a gdy umiera jakiś bohater, schodzi na zawsze ze sceny i nie zastępuje się go kimś innym, jak w operze mydlanej. Ciebie już nie było i nawet gdyby los zechciał mi podarować kolejne dziecko, ty pozostałbyś niepowtarzalny. Fragment z książki „Przerwane oczekiwanie. Poradnik dla kobiet po poronieniu”, Giorgia Cozza     Nie mów: Może tak powinno być, może byłoby chore czy Natura zadecydowała. Kobiecie, która poroniła, mimo iż chce znać przyczynę, racjonalizacja tego, co się wydarzyło, nie pomaga. Zresztą zrozumienie straty przez osobę, która jej doświadczyła, wymyka się poza granice umysłu. Tutaj rządzą emocje, a one podpowiadają, że stało się coś niespodziewanego i nieodwracalnego. Coś, czego nikt nie prognozował, a jednak się wydarzyło. A najbardziej boli świadomość, że nie dało się temu zapobiec. Nie ma znaczenia, że starałaś się właściwie odżywiać, regularnie się badałaś czy zmieniłaś styl życia. I niezależnie od tego czy istnienie, które w sobie nosiłaś było niedoskonałe, nie niweluje to skali twojego cierpienia. Nie ułatwia też zaakceptowania sytuacji.   Jak naznacza życie fakt straty dziecka? Nie trzeba nadużywać słów. Nie mówcie kobiecie, która straciła dziecko, że będzie mogła mieć inne dzieci. Bo ona chciała tego dziecka, swojego dziecka, a nie będzie go miała. Co pozostaje? Zostaje mała dziura w sercu, którą starasz się wypełnić myślami, dającymi ci pocieszenie. Myślisz, że ono jest w niebie i czuwa nad tobą. Myślisz, że choć przez krótki czas byłaś z nim i je chroniłaś. Potem w końcu pozwalasz, by czas, ten balsam, który zabliźnia najboleśniejsze rany, zrobił swoje. Dni, które następują jeden po drugim, według precyzyjnego tajemniczego porządku nakazującego ci zaczynać od nowa, okazują się twoim ratunkiem. Któregoś ranka budzisz się i czujesz, że wspominanie trochę mnie boli. Ból zamienia się powoli w ogromną czułość. Jesteś moim dzieckiem i zawsze nim będziesz. Dopóki cię nie zapomnę, nie przestaniesz istnieć. Fragment z książki „Przerwane oczekiwanie. Poradnik dla kobiet po poronieniu”, Giorgia Cozza   Nie przywołuj statystyk i nie używaj słów typu: płód Statystykami najczęściej posługują się lekarze. Być może łatwiej im w ten sposób rozmawiać z pacjentką, ująć w większą perspektywę jednostkowe wydarzenie. To jednak, że owe poronienie mieści się w jakiejś normie nie umniejsza bólu, nie przyczynia się do zrozumienia tego, co się stało. Odbiera za to znaczenie, sprawia, że kobieta czuje się sprowadzona do procentów, do liczb w tabelach. Dla niej to tragedia, osobisty dramat. Nie traktuje tego, co się wydarzyło w wymiarze ogólnym, nie tłumaczy tego naukowo. Jest jednostką, która czuje. Jej dziecko to nie dane statystyczne, to istnienie, z którym jest związana na zawsze. Nie mów też, że to jeszcze nie było dziecko, że to tylko płód. Nieważne jakie są odgórne ustalenia, nieważne co twierdzi religia czy nauka – ważne, co czuje matka. A większość kobiet, które dowiadują się, że są w ciąży traktują istnienie noszone w łonie jako dziecko. Traktuj więc jej uczucia z szacunkiem.   We wtorek, 1 lutego, już go nie było. Chciałam umrzeć razem z nim. ‚Lepiej się stało, może miało wady’. ‚Natura tak zdecydowała…’. ‚Będziesz miała jeszcze inne dzieci’. ‚To jeszcze nie był człowiek’. Moje dziecko nie żyło, a ja nie mogłam go opłakiwać, bo ktoś, kto – jak ja – ma aniołka w niebie, nie spotyka się ze zrozumieniem. W sumie, to ja także nie myślałam, że ból po stracie dziecka w pierwszych kilku tygodniach ciąży może być tak ogromny. Jest to głęboka rana, wciąż otwarta, która, myślę, nigdy się nie zabliźni. Fragment z książki „Przerwane oczekiwanie. Poradnik dla kobiet po poronieniu”, Giorgia Cozza     Co możesz zrobić? Jeśli jesteś blisko związana/y z kobietą – po prostu ją przytul.   Gesty znaczą często więcej niż słowa. Powiedz, że jest ci przykro.  Że nie potrafisz jej pocieszyć, ale gdyby potrzebowała twojej pomocy, to nie ma problemu – pomożesz na tyle, ile możesz. Zaproponuj rozmowę – jeśli nie teraz, to wtedy, kiedy będzie gotowa. W matkach, które straciły dzieci tkwi głębokie poczucie winy. Zamiast powiedzieć: Może tak miało być powiedz To nie twoja wina. Kobieta, która poroniła nie straciła płodu tylko dziecko. Powiedz: Twoje dziecko będzie zawsze nad tobą czuwać zamiast To nie było jeszcze dziecko. A jeśli przeżyłaś/eś to samo powiedz o tym. Świadomość, że nie jest się odosobnionym przypadkiem w jakimś stopniu pomaga. Długo myślałam, że ten problem dotyczy wyłącznie mnie (nie dosłownie oczywiście). Dopiero po kolejnych stratach, kobiety z mojego otoczenia otworzyły się przede mną. Okazało się, że takich historii jest znacznie więcej. I tak, jak ciężarne lub świeżo upieczone matki tworzą często grupy wsparcia, tak te, które straciły swoje dzieci powinny się wzajemnie wspierać. Szczera rozmowa osób, których doświadczenia są w pewien sposób tożsame może mieć działanie terapeutyczne.   *Użyłam w tym tekście takich zwrotów jak: „ciało, wydalające inne ciało” czy „wydalasz niedoskonały twór” – nie obrazują one jednak mojego stosunku, a raczej są interpretacją zachowań osób, które osobiście nie doświadczyły poronienia (chodzi przede wszystkim o personel medyczny).   Poroniłaś? Zajrzyj do zakładki Poroniłam <- kilk – znajdziesz więcej tekstów napisanych przez osobę, która również doświadczyła straty. Artykuł Jak rozmawiać z kobietą, która poroniła? Koniecznie przeczytaj pochodzi z serwisu Firliki. […]

  • Nie patrz wstecz – Poradnik Pozytywnego Myślenia #2
    by estera on August 22, 2017 at 2:10 pm

    Nie patrz wstecz. Zasada #2   Nie patrz wstecz – to zasada numer dwa Poradnika Pozytywnego Myślenia. Niektórzy z nas mają skłonność do rozpamiętywania. I ja, niegdyś, lubiłam wspominać i rozkładać na czynniki pierwsze minione zdarzenia. Można powiedzieć, że żyłam przeszłością. Opamiętałam się, kiedy uzmysłowiłam sobie, że każdym swoim spojrzeniem wstecz negatywnie wartościowałam chwilę obecną. Bo przecież ta przeszłość musiała być dla mnie atrakcyjniejsza skoro poświęcałam jej tyle czasu, bagatelizując to, co działo się „tu i teraz”. Po zastanowieniu – może nie atrakcyjniejsza, a raczej obfitująca w niewykorzystane szanse. O, matko! Ileż razy żałowałam, że nie zrobiłam tego albo tamtego – nie zliczę! Siedziałam tylko i biadoliłam, że wszystko mogło zupełnie inaczej wyglądać. W konsekwencji nie zależało mi, by tworzyć swoją rzeczywistość na bieżąco. Każde takie wspominanie i wypominanie to krok wstecz. Niczego nie zyskujesz, nijak się nie rozwijasz, nie zdobywasz nowych doświadczeń. Ten wspomnieniowy filtr nie pozwala Ci dostrzec jak wiele piękna jest dookoła Ciebie. Wręcz przeciwnie, rzeczywistość zdaje się niewygodna, szara, beznadziejna. Tkwiąc w przeszłości nie czujesz potrzeby, żeby działać. A działanie to ruch, zmiana, wychodzenie ze strefy komfortu. To bodźce, które stymulują, które prowokują do podejmowania nowych wyzwań. Zastanów się czy żyjąc przeszłością nie unikasz przypadkiem odpowiedzialności za własne życie?   Może trwanie w stanie zawieszenia jest dla Ciebie wygodniejsze, bo nie niesie ze sobą ryzyka porażki? Jakiekolwiek by nie były Twoje pobudki to złe podejście, generujące negatywne myśli. Pamiętaj, unikając czegoś pozbawiasz siebie również sukcesów i pozytywnych doświadczeń w ogóle. Tak to już jest, że nasze życie dzieli się na to, co było, jest i będzie. I tylko skupienie się na tym, co jest teraz, pozwoli Ci zbudować piękną przyszłość. Ale jak to zrobić? Jak wyzwolić się z tej pułapki cofania się w czasie? Najpierw zastanów się dlaczego właściwie to robisz? Czy nie dlatego, że odczuwasz brak, który starasz się czymś zapełnić? Czy nie tęsknisz za liceum, bo wtedy czułaś się wyjątkowa, a teraz masz dodatkowe kilogramy i nikt Cię nie docenia? Czy nie wspominasz byłej dziewczyny, bo miałeś regularny, satysfakcjonujący seks, a teraz Twoje pożycie jest równe zeru? Jeśli uda Ci się ustalić przyczynę to połowa sukcesu.   Teraz po prostu musisz znaleźć rozwiązanie. Jeśli zatrzymałaś się gdzieś w czasie, kiedy chodziłaś do liceum i wtedy czułaś, że jesteś najlepszą wersją samej siebie spróbuj poczucie niezadowolenia zmienić w satysfakcję. Musisz oszacować czy Twoja samoocena nie wynika z nierealnych oczekiwań czy też możesz działaniem odbudować swój wizerunek. Wszystko tak naprawdę jest kwestią odpowiedniego nastawienia. Jeśli wolisz rozpływać się nad tym, jak szczupła byłaś to – paradoksalnie – akceptujesz swoje fałdki. Zdziwiona? No przecież rozpamiętując nie zredukujesz automatycznie kilogramów! Nie poprawisz swojej samooceny! Prawda? Co możesz zrobić? Zaakceptować sytuację. Stało się, jesteś tu, gdzie jesteś. Może sama doprowadziłaś się do takiego stanu, może w wyniku choroby Twoje ciało przybrało na wadze. To teraz nieważne, ważniejsza jest akceptacja, która pozwoli Ci zrobić krok do przodu. I kolejny. Wyznacz sobie realny cel. Na przykład: Chcę do września schudnąć 10 kilogramów. Albo: Chcę mieć płaski brzuch i smukłe uda. Masz już swój cel, teraz zaplanuj działania. Nie rzucaj się na głęboką wodę, nie oczekuj spektakularnych efektów od razu. Cel jest do osiągnięcia, ale rozłożony na kilka drobnych zadań. Skup się na nich, nie wybiegaj zbyt daleko myślami. Pamiętaj, ważne jest tu i teraz. Dlatego myśl o tym, jak dobrze wykonać dane ćwiczenia, a nie o tym, że chcesz być szczupła. Cel, owszem, jest ważny, ale droga, która do niego prowadzi znacznie ważniejsza.   Drugi przykład: Stale myślisz o byłej dziewczynie, o tym jak bardzo układało się wasze pożycie intymne. Seks z Twoją obecną partnerką nie satysfakcjonuje Cię. Czy wspominanie minionej miłości w czymkolwiek zmieni relacje z aktualną dziewczyną? Zanim przekreślisz swój związek zastanów się, co możesz zrobić. Może warto porozmawiać, szczerze, od serca? Może już rozmowa przyniesie odpowiedzi, wskazówki. Całkiem możliwe, że i druga połówka nie jest zadowolona. Dopuszczasz taką możliwość? Pożegnaj się zatem ze wspomnieniem o byłej dziewczynie. To co było, tego już nie ma. Masz za to obok siebie obecną towarzyszkę życia i jeśli jedyną bolączką jest nieudane pożycie, a cała reszta gra, to działaj! Wzdychanie, że kiedyś było lepiej nie wzniesie Twojego poczucia satysfakcji na alpejskie wyżyny 😉 Weź odpowiedzialność za ten stan rzeczy i pomyśl CO TY MOŻESZ ZROBIĆ, żeby było lepiej.  Jeśli ani rozmowa, ani konkretne działania nie zmienią Waszego życia intymnego, to cóż… najważniejszy jest ruch, zmiana. Nawet ta „zła” jest lepsza niż stan zawieszenia czy letarg.   Po prostu odpuść A teraz odwrócę perspektywę – spójrz na mnie! Jeśli czytasz mój blog, to wiesz jaka była jego geneza. Poroniłam czterokrotnie i te wspomnienia tkwiły we mnie wiernie w trakcie mojej piątej ciąży. Strach, niepewność, napięcie dominowały, nie pozwalając cieszyć się błogostanem. Nie jestem pewna kiedy, ale w moim myśleniu nastąpił przełom. Zaakceptowałam sytuację i pogodziłam się z tym, że po raz piąty poronię. Jednocześnie usilnie afirmowałam: „Dotrwam, urodzę”. I urodziłam. Jestem przekonana, że kiedy odpuściłam, kiedy pozwoliłam swojej przeszłości odejść – mój Syn mógł przyjść na świat. Dlatego staraj się, by przeszłość służyła Ci jako fundamenty i podpora, a nie mur, który dzieli i izoluje. Nie ma sensu sztucznie podtrzymywać przy życiu wspomnień. Kreujesz w ten sposób świat ułudy i umartwiasz się za życia. A ono jest właśnie tu i teraz – i jedyne co musisz zrobić, to ISTNIEĆ  w teraźniejszości. Nie wiesz jaka jest zasada numer jeden Poradnika Pozytywnego Myślenia? Koniecznie przeczytaj o tym, jak negatywnie na Twój sposób myślenia wpływa porównywanie się do innych <- klik Artykuł Nie patrz wstecz – Poradnik Pozytywnego Myślenia #2 pochodzi z serwisu Firliki. […]

  • Rzeczy, które dostrzeżesz dopiero po urodzeniu dziecka
    by estera on August 11, 2017 at 10:02 pm

    Rzeczy, które dostrzeżesz dopiero po urodzeniu dziecka, na które prawdopodobnie nie zwracałaś wcześniej uwagi, a przynajmniej nie były dla Ciebie takie istotne.  Rzeczy, które dostrzeżesz dopiero po urodzeniu dziecka     Chodniki i krawężniki   Taaaa, to nie jest tak, że wcześniej ich nie widziałam 😉 Po prostu samodzielne pokonywanie tychże nie jest takie problematyczne. Dopiero codzienne wędrówki z wózkiem dają w kość. Nagle okazuje się, że w mieście jest zbyt dużo wysokich krawężników i krzywych chodników. Zwykłe wyjście po chleb wymaga niekiedy zwinności godnej akrobaty i siły atlety 😉 Od kiedy zostałam matką wózkową o wiele częściej psioczę na stan miejskich chodników 😉 A już najbardziej mnie wkurza bezmyślność naszych planistów, którzy przy nowych inwestycjach nie uwzględniają matek z wózkami czy niepełnosprawnych! Taką to mamy politykę prorodzinną! Ludzie są zbyt głośni 😉   Ech, kiedy zostajesz matką sen dziecka jest na wagę złota. Każda przespana minuta czy godzina to czas, kiedy możesz odetchnąć, delektować się ciszą i w końcu pomyśleć. Dziecko, które nie śpi to czynnik wysoce dezorganizujący porządek dnia i rozbijający na drobne atomy logikę, którą na co dzień próbujesz się posługiwać. Marzysz więc, by Twoje dziecko przeszło w tryb standby 😉 i zrobisz wszystko, żeby je w tym stanie utrzymać jak najdłużej! Dlatego niezbyt przychylnym okiem patrzę na wszystkich, którzy przekraczają pewien poziom decybeli. A jest takich ludzi duuużo! Sąsiad za ścianą, który właśnie postanawia wywiercić dziurę w ścianie, przechodzień krzyczący coś do telefonu czy niecierpliwy kierowca, nadużywający klaksonu. Sklepy są nieprzystosowane dla matek z wózkami   Nie żeby łażenie po sklepie z dzieciakiem w wózku było dla mnie jakąś frajdą, ale czasem trzeba. A jak mus, to mus. Tylko jakoś po drodze nigdy nie ma sklepów bez schodków i z szerokim rozstawem regałów 😉 Muszę przyznać, że w takich wypadkach czuję się po prostu dyskryminowana! Czasami mam wrażenie, że kobiety, które zajmują się dzieckiem powinny siedzieć w domu (to znaczy, że taka jest wola otoczenia). Albo załatwiać sprawy same, bez dodatkowego nadbagażu. Tylko co mają zrobić te mamy, które nie mogą sobie pozwolić na opiekę nad swą dziatwą? Ja wiem, zaraz się ktoś znajdzie, kto powie, że są przecież zakupy przez Internet – ale nie zawsze tak się da. Na świecie są dzieci   🙂 Oczywiście ta wiedza była dla mnie dostępna jeszcze przed urodzeniem mojego Syna, ale dopiero teraz naprawdę dostrzegam dzieci. Wcześniej nie miałam pojęcia jak z nimi rozmawiać, nawet trochę unikałam bezpośredniego kontaktu. Wydawały mi się istotami z innej planety 😉 Teraz nie unikam komunikacji, zagajam, podtrzymuję konwersację, staram się zrozumieć przekaz. Myślę też o dzieciach znajomych, kiedy mają do nas przyjść. Zastanawiam się, co mogą zjeść, unikam niezdrowych rzeczy 😉 (przede wszystkim słodyczy). Ale też martwi mnie czy nie będą się nudzić. Staram się uwzględnić potrzeby zarówno dorosłych, jak i ich potomstwa. Jak dużo czasu miałam kiedyś <- klik   Te dni, kiedy wracałam z pracy zmęczona i narzekałam, jak mało mam czasu dla siebie…śmiać mi się teraz z tego chce, trochę przez łzy, przyznaję. Oj, dużo czasu miałam, i dzisiaj też pewnie mam go znacznie więcej niż mi się wydaje 😉 Jednak praca to praca, od do, z wolnymi popołudniami bądź rankami, z weekendami, świętami i urlopami…A kiedy zostajesz matką zostajesz powołana do całodobowej służby i nieważne czy świątek, czy piątek, dzień czy noc – czuwasz bezustannie. I zastanawiam się ostatnio, kiedy w końcu odpocznę… Zaczynasz patrzeć na świat przez pryzmat dziecka <- kilk   Wszelkie decyzje i czynności, które podejmuję uwzględniają dobro dziecka. Najpierw Syn i jego potrzeby, a później dopiero ja. Dla niego uczę się ostatnio nowych przepisów, dla niego selekcjonuję produkty. Myślę, które zabawki przypadną mu do gustu, ale jednocześnie wpłyną korzystnie na jego rozwój. Staram się świecić przykładem i zmieniam złe nawyki na dobre. Próbuję patrzeć na świat oczami dziecka, bo kiedy jedyne słowa, jakimi się posługuje to „am”, „nie” i „ja”, a płacz to najczęstsza forma wyrażania emocji, to trzeba się nieźle nagimnastykować, żeby odczytać jego potrzeby i bolączki. Wszędzie czyhają niebezpieczeństwa   Spektrum tego, co złego może przytrafić się Twojemu dziecku jest po prostu nieograniczone. Jako matka widzę zagrożenie WSZĘDZIE! Im pociecha większa i bardziej mobilna, tym ta skala zatrważająco rośnie. Dlatego matka wieszczy zagrożenia, wyprzedza wydarzenia i przewiduje konsekwencje pewnych czynów zawczasu. Powiedzą Ci, że przesadzasz, że za bardzo matkujesz i wyolbrzymiasz, ale Ty po prostu działasz instynktownie, bowiem odkąd urodziłaś Twoją powinnością staje się ochrona potomka. A jak było u Ciebie?     Artykuł Rzeczy, które dostrzeżesz dopiero po urodzeniu dziecka pochodzi z serwisu Firliki. […]

Write a Review

Click to rate

Claim This Listing

Claim your listing in order to manage the listing page. You will get access to the listing dashboard, where you can upload photos, change the listing content and much more.