Firliki

Posted on April 28, 2018
CategoryLifestyle
Rating
0.0

Opis bloga..

Opis bloga.

Ostatnio na blogu:

Firliki zrzuć balast, złap balans

  • Najbardziej inspirujące konta na Instagramie, które obserwuję
    by estera on February 10, 2020 at 3:51 am

    Przyznaję - nie mam czasu, żeby wnikliwe śledzić instagramowe życie, bo sama nie wyrabiam się z własnym. Zdarza się, że bezmyślnie skanuję wzrokiem te wszystkie piękne, aczkolwiek nieco nadmuchane konta. Są też takie, które przykuwają moją uwagę na dłużej. Wywołują różnego rodzaju stany emocjonalne. Artykuł Najbardziej inspirujące konta na Instagramie, które obserwuję pochodzi z serwisu Firliki. […]

  • Poronienia nawykowe – czy będę miała jeszcze dziecko?
    by estera on February 3, 2020 at 3:18 am

    Poroniłaś. To boli, boli jak cholera, bo nie takiego zakończenia się spodziewałaś. Miałaś plany, jakieś wyobrażenia, a zostałaś z niczym. Ronisz kolejny raz. I jeszcze raz, i jeszcze…Ciężko w jednym zdaniu zamknąć jak się z tym wszystkich czujesz. Ja czułam, że moje łono jest cmentarzyskiem i bardzo zwątpiłam w swoje kobiece kompetencje. Ale najgorsze było pytanie: Czy ja w ogóle zostanę matką? Poronienia nawykowe – czy będę miała jeszcze dziecko? Co mówili lekarze, kiedy straciłam dziecko po raz pierwszy? Tego nie dało się przewidzieć, to niczyja wina. Niczego więcej nie słuchałam, nic nie chciałam wiedzieć. Pragnęłam jak najszybciej zamknąć ten rozdział w moim życiu. Nie pozwoliłam sobie na żałobę. Nie prosiłam o pomoc. Minęły lata zanim po raz kolejny zaszłam w ciążę. I znowu to samo. Choć trochę inaczej. Wszystko potoczyło się tak szybko! Zanim zdążyłam zaakceptować, że będę mamą, przestałam nią być. Każde kolejne poronienie, to mniejsze szanse na urodzenie dziecka – powiedział mi doktor w szpitalu. Za trzecim razem był gniew i poczucie niesprawiedliwości. Przecież tym razem miało być dobrze, tym razem miał być happy end. Lekarka prowadząca nie poczuwała się w żaden sposób do winy (uważaliśmy, że powinna). W szpitalu po raz pierwszy usłyszałam termin poronienia nawykowe. Tam też spotkaliśmy dawną koleżankę Męża, okazało się, że pracuje na oddziale. Zwracamy się do niej z prośbą o radę. Co mamy dalej robić? W czwartej ciąży wiemy już, że mam się zgłosić do kliniki, która funkcjonuje przy szpitalu. Niestety serce dziecka nie tętni, na nic nasza wiedza i świadomość. Tym razem nie wierzę i nie mogę się z tym pogodzić. To nieprawda, to nieprawda – powtarzam przez łzy. To jednak prawda. Wszystko skończone… …parę miesięcy później jestem w ciąży, dowiaduję się o tym w dwunastym tygodniu jej trwania! Szok! Jak sobie poradzić z lękiem? Jak okiełznać niepokój? Postanawiam, że przyjmę każdy scenariusz, choć wiem, że jeśli poronię po raz piąty, poddam się, przestanę walczyć. Pojawia się plamienie. Jestem w rozsypce. Na Izbie Przyjęć pielęgniarka (chyba) przekonuje mnie, że wszystko jest w porządku, że mój stres w niczym nie pomaga. Ale jak się nie stresować, kiedy każde plamienie oznaczało jedno?! Jak można odmówić badania kobiecie, która poroniła cztery razy? Co z tego, że byłam dzień wcześniej i wszystko było dobrze, a następnego dnia mam mieć badania prenatalne, skoro dzisiaj może nastąpić rozwiązanie – nieszczęśliwe niestety… …podejmuję decyzję – wracam do domu. Jak to? – zapytacie – Kobieta w ciąży z obciążonym wywiadem ginekologicznym mimo plamienia rezygnuje ze swojego prawa do badania? Uwierzcie, że czułam się w tej chwili, jakbym stawiała życie mojego dziecka na szali, obiecałam sobie jednak, że w razie narastającego niepokoju i innych symptomów wracam natychmiast. Jednocześnie mam świadomość, że to wtedy nastąpił przełom. Zaufałam lekarzom, opatrzności, Bogu. Pogodziłam się z tym, co przyniesie mi życie. Zakończenie tego scenariusza nie było mi znane, ale sama sobie powiedziałam: Urodzę.  A w życiu często bywa tak, że kiedy odpuszczamy, dostajemy to, czego pragniemy. Faktycznie, urodziłam. I niestety, mam takie poczucie, że dopiero w piątej ciąży otrzymałam fachową opiekę. Jak powinna być prowadzona ciąża kobiety, u której stwierdzono poronienia nawykowe? Zanim odpowiem na te pytanie, uprzedzam: nie jestem ekspertem, nie skończyłam medycyny, bazuję wyłącznie na osobistym doświadczeniu. Ten tekst powstał ku pokrzepieniu, lecz także jako forma wskazówki od osoby, która poronień nawykowych doświadczyła. Najważniejsze: poronienia nawracające nie wykluczają posiadania potomstwa! Problemem bowiem nie jest niepłodność (bo do zapłodnienia dochodzi), tylko z donoszeniem ciąży. Przy obciążonym wywiadzie ginekologiczno-położniczym warto udać się do kliniki przy szpitalu. Dlaczego? Przede wszystkim mają tam duże doświadczenie w prowadzeniu ciąż zagrożonych przedwczesnym porodem. I co ważne: zlecą wykonanie badań, których celem jest ustalenie przyczyny dotychczasowych poronień. W piątej ciąży oprócz standardowych badań zrobiłam również: ♦ badanie kariotypu – pozwala ono na stwierdzenie nieprawidłowości w budowie chromosomów, które mogą być odpowiedzialne za występowanie samoistnych poronień. Badanie takie robi zarówno kobieta, jak i mężczyzna. ♦ badanie prenatalne – refundowane od 35 roku życia, gdyż wtedy ryzyko urodzenia dziecka z wadą genetyczną się zwiększa. ♦ na wykluczenie bądź stwierdzenie zespołu antyfospolidowego. Nie udało się jednak jednoznacznie ustalić czemu tak często roniłam. W dwóch przypadkach była to zapewne niewydolność szyjki macicy, w dwóch pozostałych – nie wiadomo. Może się zdarzyć, że i w Twoim przypadku nie uda się znaleźć przyczyny. Jak zatem przeciwdziałać, kiedy nie wiadomo z czym walczymy? Cóż, myślę że to bardzo indywidualna kwestia zależna od wielu czynników i ostatecznie zadecyduje pewnie specjalista. Poronienia nawykowe, a lekarz prowadzący Moja Pani Doktor przyjęła zasadę „chuchamy na zimne” i starała się na wszelkich możliwych frontach zawalczyć o tę ciążę. Mimo iż wyniki badań nie wskazywały zespołu antyfospolidowego codziennie robiłam zastrzyki przeciwzakrzepowe w brzuch i łykałam acard. Szew McDonalda chronił mnie przed rozszerzaniem się szyjki macicy i przedwczesnym porodem. Podczas każdej wizyty (chodziłam co dwa tygodnie) ginekolożka robiła usg i zawsze badała mnie dokładnie. Często też zlecała posiew z pochwy – jej infekcje mogą bowiem prowadzić do przedwczesnego porodu. Istotna też była świadomość, że w każdej chwili mogę zgłosić się do swojej lekarki. Że rozumie mój niepokój i nie stara się go stłumić poklepywaniem po plecach i zapewnianiem, że się uda. Tak od siebie: jeśli poroniłaś więcej niż jeden raz znajdź lekarza, któremu zaufasz. Ale! Lekarza, który ma doświadczenie w prowadzeniu ciąż z obciążonym wywiadem. A jeszcze lepiej zgłoś się do Poradni Patologii Ciąży i Chorób Kobiecych. Tam obejmą Cię kompleksową opieką, i nie chodzi tylko o sprzęt czy o możliwość wykonania różnego rodzaju badania – chodzi też o wiedzę i doświadczenie.    Jeśli poroniłaś i szukasz informacji, chcesz wiedzieć jak to wyglądało u mnie to kliknij koniecznie tutaj ⇒ Poroniłam – to specjalna kategoria na blogu stworzona z myślą właśnie o Tobie.   Artykuł Poronienia nawykowe – czy będę miała jeszcze dziecko? pochodzi z serwisu Firliki. […]

  • Czy nauczyciele to nieroby, a rodzice to „nowobogaccy ynteligenci”?
    by estera on March 26, 2019 at 6:11 am

    Nie znoszę internetowych „dyskusji” i w nich nie uczestniczę. Parę takich przeczytałam i powiedziałam sobie: Stop! Nie będę na to tracić czasu. Bo one są jak wydmuszki, forma ciekawa dla oka, ale w środku – pusto! Frustraci wylewają swoje żale niczym pomyje i wcale nie chcą się porozumieć czy zrozumieć. Codziennie skanuję nagłówki, nie zgłębiając jednak tematu. Ale ostatnio przeczytałam tekst, który miał być odpowiedzią na owe „internetowe pomyje”. Nie wiem jaki zamiar przyświecał autorowi, ale z mojego punktu widzenia faceta zirytowały obraźliwe komentarze, więc postanowił, że też kogoś obrazi.   Czy nauczyciele to nieroby?   Dlaczego w ogóle poświęcam temu uwagę, skoro wcześniej wyznałam, że nie angażuję się w puste spory? Bo miałam pewne oczekiwania wobec tego tekstu, a on mnie rozczarował. I wkurzył. Bo otrzymałam zapewnienie, że to mocna i prawdziwa treść, a w moim odczuciu jest ona po prostu tendencyjna. Jestem też zmęczona stylem, pojawiających się w Internecie wypowiedzi. Tym, że MY POLACY, lubimy wszystko polaryzować. Jest między nami jakiś mur, który dzieli ludzi na tych co na lewo, i tych co na prawo. Tych co mają albo nie mają. Na będących PRO bądź tych, co są ANTY. Na dobre matki, co to karmią piersią i na złe, które podają modyfikowaną truciznę. Wszyscy mają problem, ale nikt nie szuka rozwiązań. Dlatego stwierdziłam, że „dam głos”. Nie, nie opowiem się po żadnej ze stron. Chcę tylko poprosić Was o uważną lekturę i chwilę refleksji. Bo tego chyba najmniej w obecnych czasach. Moim punktem wyjścia jest tekst Jacka Jaworskiego „Nauczyciele – leniwe nieroby, które wiecznie narzekają”, który pojawił się gościnnie na blogu MumMe*. Ale tak naprawdę to pretekst do powiedzenia Wam czegoś znacznie ważniejszego. Słowem wprowadzenia: Tematem podsycającym społeczne nastroje są podwyżki dla nauczycieli. W Internecie aż huczy od nieprzychylnych komentarzy całej rzeszy ludu polskiego. Wśród nich króluje opinia, że kadra nauczycielska nic nie robi, a chce pieniędzy. Że przecież im tak dobrze, bo tyle wolnego i zaledwie 18 godzin tygodniowo pracują. Wszystko to okraszone wyzwiskami, podlane jadem, zaakcentowane wulgaryzmami. Tak zwany hejt. Nie jest więc żadnym zaskoczeniem, że pojawiają się kontrargumenty. Taką „odpowiedzią” jest wspomniany przeze mnie tekst Pana Jaworskiego.   Oto pierwsze, wstępne zdanie:     Nauczyciele to banda leniwych nierobów, którzy mają za dużo wolnego czasu i ciągle narzekają, że za mało zarabiają.   To kwintesencja zamieszczonych w Internecie komentarzy, których adresatami są nauczyciele natychmiast zripostowane przez autora w formie pytajników:     Naprawdę tak o nich myślicie? O ludziach, którzy zaraz po Was są najważniejszymi osobami w życiu Waszych dzieci? (…) kształtują osobowość i przyszłe zainteresowania Waszych dzieci? (…) którzy dostarczają Waszym dzieciom podstawowej wiedzy, aby Wasze dzieci mogły osiągnąć sukces w przyszłości? (…) którzy starają się naprawić Wasze błędy wychowawcze?   Czy rodzice to nowobogaccy ynteligenci?     Zupełnie, ale to zupełnie nie rozumiem czemu Pan Jaworski odwołuje się do komentarzy zawartych w Internecie. Czy naprawdę uważa, że są one miarodajne, wiarygodne, konstruktywne i zapraszające do rozmowy? Pewne jest, że już na początku buduje dystans: nauczyciele, którzy niosą kaganek oświaty i wręcz naprawiają dzieci kontra rodzice, którzy popełniają błędy wychowawcze. Czy widzicie to samo co ja? Autor wcale nie zamierza rozmawiać, uświadamiać – staje po prostu po drugiej stronie barykady i atakuje schematami, uogólnieniami i, między wierszami, obraża. Obraża rodziców, bo o reszcie społeczeństwa, która wiesza psy na nauczycielach zapomniał. W jaki sposób obraża? Zakładając, że wszyscy rodzice popełniają błędy wychowawcze, które nauczyciele muszą korygować. Wystarczyłoby napisać „naprawić błędy niektórych z Was” i zdanie miałoby zupełnie inny wydźwięk. Zresztą samo założenie, że ktoś inny musi naprawiać czyjeś dzieci jest samo w sobie obraźliwe. Jeśli po tych słowach ktoś nie poczuł się urażony, to stwierdzenie:   (…) szkoła nie jest od wychowania Twojego niewychowanego i rozpuszczonego dziecka.   może już nieco ciśnienie podnieść.   To jednak jeszcze nie koniec zarzutów wobec rodziców. W skrócie: współcześni rodzice to „elyta”, wchodząca do szkoły niemal z buta. Roszczeniowi, zapatrzeni w swoją dziatwę. Tacy nowobogaccy ynteligenci, którym się wydaje, że są mądrzejsi, bo mają więcej peelenów na koncie, a żadnego dyplomu. I żeby chociaż Pan Jaworski zaznaczył, że jest pewien typ rodziców, ale nie! Stawia wspólny mianownik dla rodzicielskiej społeczności, jednocześnie tłumacząc, że tak, jak są źli i dobrzy policjanci, kasjerki czy sprzedawcy, tak samo są dobrzy i źli nauczyciele. Ale rodzice już nie.   Czy warto prowadzić internetowe dyskusje?   W kontrze, rzecz jasna, są nauczyciele, którzy należą do wyższej klasy społecznej. To właśnie oni wiedzą i widzą lepiej. Z racji wykształcenia oczywiście.  Należy ich szanować, nie wypada polemizować, ponieważ w 99% przypadków mają rację. Są obiektywni i można ich co najwyżej poprosić o spotkanie w sprawie dziecka… Ja rozumiem, autor stanął w obronie nauczycieli. Zaatakował tych, co zaatakowali pierwsi. Niby nie można mieć pretensji. Niby można przymknąć oko, że przedstawiona rzeczywistość jest wybiórcza, ale… Razi mnie w tym tekście arogancja i niespójność. Razi brak rzetelnych argumentów.  Same truizmy i uogólnienia. Po co pisać taki wywód? Czemu on służy? Czy jest lepszy niż cała reszta komentarzy w Internecie? Chciałabym wierzyć, że w realnym świecie jest lepiej, że jednak potrafimy rozmawiać. Jednak z moich obserwacji wynika, że komunikacja – taka codzienna, międzyludzka – mocno kuleje. Rzadko kiedy wykazujemy dobrą wolę, skupiamy się na tym, by udowodnić, że moja racja jest mojsza, mamy problem z zaakceptowaniem tego, że ktoś może mieć odmienny punkt widzenia.  Walczymy ze sobą, chcemy zmieniać innych, cały świat, ale powinniśmy zrozumieć, że punktem wyjścia jesteśmy my sami. Wszystko co się dzieje, jest konsekwencją tego, jakie mamy nastawienie. Pan Jaworski może i chciał dobrze. Ale jedyne co zrobił, to spolaryzował rzeczywistość, w której ci źli, to rodzice. Kiedy pierwszy raz przeczytałam ową przemowę do rodziców zezłościłam się. Co za bzdury! Ile argumentów cisnęło mi się na usta, byłam gotowa napisać rzeczowy tekst, który obnażyłby luki w rozumowaniu tegoż Pana. Zaczęłam więc pisać. I kiedy czytacie TE WŁAŚNIE SŁOWA, minął mniej więcej miesiąc od kiedy napisałam pierwsze zdanie… …w internetowej przestrzeni treści mają krótki termin ważności. To, co było przed chwilą za parę minut, czasem nawet sekund, dezaktualizuje się. To nie rozgrywka szachowa, to nie medytacja czy dywagacja – tutaj wszystko działa na zasadzie AKCJA-REAKCJA. I jeśli decyduję się opublikować swoją opinię, która jednocześnie jest reakcją na inną wypowiedź, to w internetowej rzeczywistości jest to reakcja godna flegmatyka ;-). Dzięki  temu, że codziennie pisałam kawałek po kawałku moja irytacja malała, co pozwoliło mi spojrzeć na wszystko trzeźwiejszym okiem. Zrozumiałam, że nie chcę dołączyć do grona osób, które uprawiają żonglerkę słowną po to, żeby zaspokoić swoje ego, a adwersarza wgnieść w fotel. Prawda jest taka, że w świecie internetowych dyskusji…   …komentujący nie szukają porozumienia. Brakuje w ich komentarzach rzeczowych argumentów. Nie zależy im na komunikacji i wysłuchaniu drugiej strony.   Ważna jest ta chwila, w której można, bez zupełnej odpowiedzialności wylać z siebie żółć i gorycz, a następnie nacisnąć enter. To, co się dzieje później, w wirtualnej przestrzeni i poza nią nie ma już znaczenia. Najważniejsza jest ta satysfakcja, ta ulga, poczucie mocy. A może nawet poczucie spełnienia?.. Bo o to zrobiłem/am coś, na co w codziennym życiu nie mam odwagi – wyraziłem/am opinię! Bo co innego powiedzieć, że film mi się nie podobał i szkoda na niego  pieniędzy, a co innego walnąć komuś prosto w twarz: jesteś nieudacznikiem! Jesteś złodziejem! Jesteś żenujący! Co innego zwrócić uwagę kumplowi, że jeździ jak wariat, mężowi zarzucić, że się w ogóle nie stara, a co innego zareagować, kiedy jesteśmy świadkami agresji czy szczerze porozmawiać z szefem o warunkach w pracy.    Kiedy piszemy komentarz nie patrzymy nikomu w twarz, nie zaglądamy głęboko w oczy.   Nie bierzemy odpowiedzialności za wystukane na klawiaturze słowa. Bo właściwie jakie konsekwencje poniesiemy? Zresztą, rzadko kiedy widzimy w tym coś nagannego. Jesteśmy przekonani, że TYLKO wyraziliśmy swoje zdanie, nic więcej. Poza tym jeśli coś lub ktoś należy do sfery publicznej, to siłą rzeczy jest wystawione na krytykę i z takową powinien się liczyć. Pomijam, że w większości przypadków to, co bywa nazywane krytyką jest zazwyczaj aktem przemocy słownej. Równie ważne jest, żebyśmy zaczęli dostrzegać drugie dno tej niekończącej się, internetowej batalii. Oczywiście gorąco namawiam do stawiania konkretnych argumentów, do kulturalnej wymiany zdań, do mediacji – przede wszystkim jednak chciałabym, żebyśmy się nauczyli „czytać Internet”. Zupełnie nie znamy języka tej cyberprzestrzeni, którą nieustannie programują miliony ludzi. Nie weryfikujemy sądów w niej zawartych, prawdopodobnie po prostu nie umiemy. „Łykamy” bez zastanowienia to, co serwują nam różnego rodzaju podmioty, dając wszystkiemu wiarę.  Czy macie świadomość, że często to MY ODBIORCY, mamy wpływ na treści, które pojawiają w sieci? To my napędzamy tę machinę! Szukamy sensacji i rozrywki. Pragniemy wzruszeń, ale i chcemy wiedzieć kto, z kim i dlaczego? Nie mamy czasu zgłębiać tematu, więc często czytamy tylko nagłówki i parę pierwszych zdań – tak zwany lead. A to z kolei determinuje formę postów czy artykułów zamieszczanych w sieci. Na przykład tytuły – zauważyliście, jaki nagłówek pojawił na wstępie tego tekstu? Przypominam: Czy nauczyciele to nieroby, a rodzice to „nowobogaccy ynteligenci”?  Czego spodziewaliście się po takim tytule? Zapewne tego, że przeczytacie wywód na temat nauczycieli i rodziców. Że albo udowodnię „winę”, albo stanę w obronie. Ile razy zdarzyło Wam się kliknąć w link, bo tytuł wydawał się sensacyjny lub intrygujący – a tu wielka ściema i żenua? Ja sama dałam się zwieść, poświęciłam swój czas na lekturę czegoś, co było jednostronnym monologiem, pozbawionym solidnej argumentacji. Zwiodło mnie przekonanie, że znajdę konkrety, które pokażą jak naprawdę wygląda praca nauczyciela. Połknęłam haczyk i byłam gotowa wdać się w dyskusję. To czy odbiorca przeczyta (wnikliwie), czy nie, jest kwestią drugorzędną. Liczy się, że w ogóle kliknął. A jeśli zareaguje to już „chwała na wysokościach”, bo to podbija statystyki i dobrze pozycjonuje artykuł. I nie ma znaczenia czy odzew jest pozytywny. Zastanówmy się, czy warto angażować się w spory, które toczą się pod postami na portalach siakich i owakich. Czy nasz głos jest istotny, komu i czemu służy? Pomyślmy, czy cokolwiek zmienimy. Przecież za chwilę nasz komentarz zginie wśród setek innych. Przecież za moment cały wątek wyprze jakiś równie ekscytujący, topowy temat. Nie dajmy sobą sterować! Szkoda czasu na jałowe dyskusje, które co najwyżej podniosą nam ciśnienie. Ugryźmy temat z innej strony. Nie musimy się godzić za zalew złych informacji. Możemy zignorować prowokacje.  Na początek namawiam do udziału w mojej akcji #podajdalejdobro Zasady są bardzo proste. Zamieniamy nasze tablice na Facebooku, Twiterze, Instagramie w witryny eksponujące dobre treści. Co to właściwie znaczy? Znaczy to tyle, że w opozycji do informacji typu: ukradł, zabił, jak się ubrał i z kim go widziano, publikujemy posty z pozytywnym przekazem. Miejmy oczy i uszy otwarte na historie, które wzruszają i dają nadzieję. To może być coś, co przydarzyło się nam samym. To także wartościowy artykuł, który nas jakoś wzbogacił.  Napisz o tym parę słów i opublikuj na swojej tablicy. Jeśli to cytat – udostępnij. Podziel się dobrem. Kiedy? Zawsze! To nie jest jednorazowa akcja, nie ma ram czasowych. Zawsze, kiedy uznasz, że warto podzielić się dobrem – zrób to! I koniecznie dodaj hasztag #podajdalejdobro, żebyśmy się mogli znaleźć. Im nas więcej, tym lepiej. Jest szansa, że zdominujemy napływ miałkich, bezwartościowych, agresywnych treści. *Jeśli chcecie przeczytać tekst, o którym wspominam w poście kliknij -> Nauczyciele – leniwe nieroby, które wiecznie narzekają   Artykuł Czy nauczyciele to nieroby, a rodzice to „nowobogaccy ynteligenci”? pochodzi z serwisu Firliki. […]

  • Jak rozmawiać z kobietą, która poroniła? Koniecznie przeczytaj
    by estera on November 20, 2018 at 12:53 pm

    Nie masz pojęcia, co powiedzieć kobiecie, która poroniła? Przeczytaj proszę ten tekst! Bywają sytuacje, kiedy brakuje nam słów. Czasem czyjeś cierpienie wywołuje w nas, oprócz współczucia, skrępowanie. Zwłaszcza, jeśli między nami, a tą drugą osobą nie ma bliższej więzi. Najczęściej klepiemy standardowe formułki, żeby pokazać, że nie jesteśmy obojętni wobec tragedii. Z doświadczenia wiem, że niektóre komentarze (niewinne z naszego punktu widzenia) mogą urazić bardziej niż brak reakcji. Jak rozmawiać z kobietą, która poroniła? Przede wszystkim opowiem Ci, co czuje niespełniona matka. Podzielę się skrawkami mojej historii, zacytuję też wypowiedzi bohaterek książki „Przerwane oczekiwanie. Poradnik dla kobiet po poronieniu”, której autorką jest Giorgia Cozza. Możliwe, że te zwierzenia pozwolą Ci zrozumieć, jakie słowa lub reakcja jest właściwa w odniesieniu do kobiety, która straciła dziecko. Pierwsze sygnały nadchodzącego nieszczęścia wywołują strach i niepokój. Łzy same cisną się do oczu, bo wiesz, że skurcze i krew sygnalizują rzeczy ostateczne. A kiedy bada Cię kilku lekarzy, i każdy potwierdza ową ostateczną wersję wydarzeń strach się potęguje. Ciało dygocze jak w febrze, raz po raz wstrząsane spazmami. Wiesz, że za chwilę to usłyszysz, lekarz ogłosi swój werdykt zaczynając: Niestety, ale… Wszystko, co dzieje się potem, nie pozwala oswoić się z sytuacją. W ułamkach sekund Twój status zmienia się nieodwracalnie: z przyszłej matki w ciało, wydalające inne ciało. Kiedy kilku różnych położników wsadza dłoń w Twoje łono i dosłownie w nim gmera, wiesz, że w tej chwili Twoja podmiotowość nie ma znaczenia. Nie ma miejsca na pytanie: Co czuje podmiot liryczny, kiedy życie z niego uchodzi?   Wchodzimy do gabinetu i… od tej chwili wspomnienia zaczynają się zacierać. Pamiętam jedynie wielki strach! I ogrom rozpaczy. Nie słychać bicia serca dziecka! Badanie rejestruje jedynie skurcze, które przybierają na sile, lecz ja już nie czuję bólu. Zdaje mi się, jakbym była zawieszona  pomiędzy dwoma światami, nawet zdaje mi się, że spoglądam na siebie z góry, jak leżę na łóżku, zaraz zacznę płakać, a lekarze wchodzą i wychodzą, manipulując przy moim ciele w miejscu, które wcześniej uważałam za „święte”, a teraz nawet nie zdaję sobie sprawy z tego, że je „bezczeszczą”. Fragment z książki „Przerwane oczekiwanie. Poradnik dla kobiet po poronieniu”, Giorgia Cozza   Dowiadujesz się, że musisz „urodzić” dziecko – jakkolwiek by to paradoksalnie nie brzmiało. Dostajesz oksytocynę. Skurcze się nasilają. Odchodzą wody płodowe. Jedziesz na operacyjną, żeby mogli wyłyżeczkować niedoszłe istnienie. Wszystko jest takie jałowe, jak medyczne przyrządy. A potem przychodzi otępienie. Może po znieczuleniu. A może to zmęczenie umysłu, który próbował zracjonalizować sytuację? Personel pyta: pogrzeb czy utylizacja. To drugie, nie chcę pamiętać. Wychodzę do domu. Piersi nabrzmiewają. Są pełne pokarmu, bolą, przypominają. Zostaję sama w domu. Jestem w szoku. Nie spodziewałam się. Nie przypuszczałam. Owszem, zastanawiałam się jak będzie wyglądać moje życie, kiedy dziecko się urodzi. Nie zakładałam jednak, że jest rewers, jakaś równoległa rzeczywistość… Czuję się oszukana. Bezsilna. Bezwolna. Dlaczego to się stało? Obwiniam się. Analizuję. Widzę kobiety w ciąży i zadaję sobie pytanie: Czemu one mogą, a ja nie? Czuję się wybrakowana. Esterka-Usterka. Jestem sama. A potem słyszę:  Szybko do siebie doszłaś. Och, jak mnie zraniły te słowa. Dla niektórych żałoba, depresja to coś widocznego gołym okiem. Czyjeś cierpienie odmierzają ilością wylanych łez, czernią ubrań, liczbą dni spędzonych w łóżku… A to tak nie wygląda. To w ogóle nie wygląda. To jest cichy, niewidoczny, dożywotni towarzysz. Coś, co nie ma skali, i co nie daje o sobie zapomnieć. Wartościowanie tego przez postronne osoby nie ukoi bólu. Nie jest żadną formą pocieszenia. A potem rozmowy typu: myślicie o dzieciach? Kiedy dziecko? … Pomijam, że tego typu pytania z natury rzeczy są niestosowne. Niestosowne są tym bardziej, kiedy rodzice doświadczyli straty. Jeśli więc chcesz rozmawiać z kobietą, która poroniła, o dzieciach, które jeszcze może mieć – TO UGRYŹ SIĘ W JĘZYK! Umniejszasz w ten sposób istnienie, które dla Ciebie być może nie ma wartości, a któremu niedoszła matka chce nadać szczególną rangę. Dlaczego to dla niej takie ważne? Bo ma na to wpływ. Bo ma nad tym kontrolę. Bo samo poronienie odziera z majestatu właściwemu cudowi życia. Bo inaczej odbiera się poród i wita nowo narodzonego obywatela, a inaczej poronienie w toku i martwy płód. Inne nazewnictwo, inna ranga wydarzenia, inne traktowanie. Kiedy rodzisz wszyscy Ci gratulują, nowina się niesie po świecie, jesteś dumną matką. Kiedy ronisz „wydalasz niedoskonały twór”, nikomu nie obwieszczasz „nowiny”, nikt nie wie jak z Tobą rozmawiać. Robisz więc co możesz, żeby to wszystko, co się wydarzyło, miało znaczenie. Bo dla ciebie ma to znaczenie. To nie jest epizod, scena do wycięcia, coś, co można zastąpić czymś innym.   Pamiętam chwilę przed podaniem narkozy, pogaduszki pielęgniarek, które organizowały wyjście do pubu z okazji Dnia Kobiet. Ja nie miałam czego świętować, wiedziałam, że nikt nie będzie mógł zrozumieć mojego dramatu, dla wszystkich było to zdarzenie małej wagi, któremu łatwo można było, zaradzić, wystarczyło spróbować znowu i znów zaszłabym w ciążę. W życiu nic się nie powtarza. To spektakl improwizowany, bez scenariusza, a gdy umiera jakiś bohater, schodzi na zawsze ze sceny i nie zastępuje się go kimś innym, jak w operze mydlanej. Ciebie już nie było i nawet gdyby los zechciał mi podarować kolejne dziecko, ty pozostałbyś niepowtarzalny. Fragment z książki „Przerwane oczekiwanie. Poradnik dla kobiet po poronieniu”, Giorgia Cozza     Nie mów: Może tak powinno być, może byłoby chore czy Natura zadecydowała. Kobiecie, która poroniła, mimo iż chce znać przyczynę, racjonalizacja tego, co się wydarzyło, nie pomaga. Zresztą zrozumienie straty przez osobę, która jej doświadczyła, wymyka się poza granice umysłu. Tutaj rządzą emocje, a one podpowiadają, że stało się coś niespodziewanego i nieodwracalnego. Coś, czego nikt nie prognozował, a jednak się wydarzyło. A najbardziej boli świadomość, że nie dało się temu zapobiec. Nie ma znaczenia, że starałaś się właściwie odżywiać, regularnie się badałaś czy zmieniłaś styl życia. I niezależnie od tego czy istnienie, które w sobie nosiłaś było niedoskonałe, nie niweluje to skali twojego cierpienia. Nie ułatwia też zaakceptowania sytuacji.   Jak naznacza życie fakt straty dziecka? Nie trzeba nadużywać słów. Nie mówcie kobiecie, która straciła dziecko, że będzie mogła mieć inne dzieci. Bo ona chciała tego dziecka, swojego dziecka, a nie będzie go miała. Co pozostaje? Zostaje mała dziura w sercu, którą starasz się wypełnić myślami, dającymi ci pocieszenie. Myślisz, że ono jest w niebie i czuwa nad tobą. Myślisz, że choć przez krótki czas byłaś z nim i je chroniłaś. Potem w końcu pozwalasz, by czas, ten balsam, który zabliźnia najboleśniejsze rany, zrobił swoje. Dni, które następują jeden po drugim, według precyzyjnego tajemniczego porządku nakazującego ci zaczynać od nowa, okazują się twoim ratunkiem. Któregoś ranka budzisz się i czujesz, że wspominanie trochę mnie boli. Ból zamienia się powoli w ogromną czułość. Jesteś moim dzieckiem i zawsze nim będziesz. Dopóki cię nie zapomnę, nie przestaniesz istnieć. Fragment z książki „Przerwane oczekiwanie. Poradnik dla kobiet po poronieniu”, Giorgia Cozza   Nie przywołuj statystyk i nie używaj słów typu: płód Statystykami najczęściej posługują się lekarze. Być może łatwiej im w ten sposób rozmawiać z pacjentką, ująć w większą perspektywę jednostkowe wydarzenie. To jednak, że owe poronienie mieści się w jakiejś normie nie umniejsza bólu, nie przyczynia się do zrozumienia tego, co się stało. Odbiera za to znaczenie, sprawia, że kobieta czuje się sprowadzona do procentów, do liczb w tabelach. Dla niej to tragedia, osobisty dramat. Nie traktuje tego, co się wydarzyło w wymiarze ogólnym, nie tłumaczy tego naukowo. Jest jednostką, która czuje. Jej dziecko to nie dane statystyczne, to istnienie, z którym jest związana na zawsze. Nie mów też, że to jeszcze nie było dziecko, że to tylko płód. Nieważne jakie są odgórne ustalenia, nieważne co twierdzi religia czy nauka – ważne, co czuje matka. A większość kobiet, które dowiadują się, że są w ciąży traktują istnienie noszone w łonie jako dziecko. Traktuj więc jej uczucia z szacunkiem.   We wtorek, 1 lutego, już go nie było. Chciałam umrzeć razem z nim. ‚Lepiej się stało, może miało wady’. ‚Natura tak zdecydowała…’. ‚Będziesz miała jeszcze inne dzieci’. ‚To jeszcze nie był człowiek’. Moje dziecko nie żyło, a ja nie mogłam go opłakiwać, bo ktoś, kto – jak ja – ma aniołka w niebie, nie spotyka się ze zrozumieniem. W sumie, to ja także nie myślałam, że ból po stracie dziecka w pierwszych kilku tygodniach ciąży może być tak ogromny. Jest to głęboka rana, wciąż otwarta, która, myślę, nigdy się nie zabliźni. Fragment z książki „Przerwane oczekiwanie. Poradnik dla kobiet po poronieniu”, Giorgia Cozza     Co możesz zrobić? Jeśli jesteś blisko związana/y z kobietą – po prostu ją przytul.   Gesty znaczą często więcej niż słowa. Powiedz, że jest ci przykro.  Że nie potrafisz jej pocieszyć, ale gdyby potrzebowała twojej pomocy, to nie ma problemu – pomożesz na tyle, ile możesz. Zaproponuj rozmowę – jeśli nie teraz, to wtedy, kiedy będzie gotowa. W matkach, które straciły dzieci tkwi głębokie poczucie winy. Zamiast powiedzieć: Może tak miało być powiedz To nie twoja wina. Kobieta, która poroniła nie straciła płodu tylko dziecko. Powiedz: Twoje dziecko będzie zawsze nad tobą czuwać zamiast To nie było jeszcze dziecko. A jeśli przeżyłaś/eś to samo powiedz o tym. Świadomość, że nie jest się odosobnionym przypadkiem w jakimś stopniu pomaga. Długo myślałam, że ten problem dotyczy wyłącznie mnie (nie dosłownie oczywiście). Dopiero po kolejnych stratach, kobiety z mojego otoczenia otworzyły się przede mną. Okazało się, że takich historii jest znacznie więcej. I tak, jak ciężarne lub świeżo upieczone matki tworzą często grupy wsparcia, tak te, które straciły swoje dzieci powinny się wzajemnie wspierać. Szczera rozmowa osób, których doświadczenia są w pewien sposób tożsame może mieć działanie terapeutyczne.   *Użyłam w tym tekście takich zwrotów jak: „ciało, wydalające inne ciało” czy „wydalasz niedoskonały twór” – nie obrazują one jednak mojego stosunku, a raczej są interpretacją zachowań osób, które osobiście nie doświadczyły poronienia (chodzi przede wszystkim o personel medyczny).   Poroniłaś? Zajrzyj do zakładki Poroniłam <- kilk – znajdziesz więcej tekstów napisanych przez osobę, która również doświadczyła straty. Artykuł Jak rozmawiać z kobietą, która poroniła? Koniecznie przeczytaj pochodzi z serwisu Firliki. […]

  • Nie patrz wstecz – Poradnik Pozytywnego Myślenia #2
    by estera on August 22, 2017 at 2:10 pm

    Nie patrz wstecz. Zasada #2   Nie patrz wstecz – to zasada numer dwa Poradnika Pozytywnego Myślenia. Niektórzy z nas mają skłonność do rozpamiętywania. I ja, niegdyś, lubiłam wspominać i rozkładać na czynniki pierwsze minione zdarzenia. Można powiedzieć, że żyłam przeszłością. Opamiętałam się, kiedy uzmysłowiłam sobie, że każdym swoim spojrzeniem wstecz negatywnie wartościowałam chwilę obecną. Bo przecież ta przeszłość musiała być dla mnie atrakcyjniejsza skoro poświęcałam jej tyle czasu, bagatelizując to, co działo się „tu i teraz”. Po zastanowieniu – może nie atrakcyjniejsza, a raczej obfitująca w niewykorzystane szanse. O, matko! Ileż razy żałowałam, że nie zrobiłam tego albo tamtego – nie zliczę! Siedziałam tylko i biadoliłam, że wszystko mogło zupełnie inaczej wyglądać. W konsekwencji nie zależało mi, by tworzyć swoją rzeczywistość na bieżąco. Każde takie wspominanie i wypominanie to krok wstecz. Niczego nie zyskujesz, nijak się nie rozwijasz, nie zdobywasz nowych doświadczeń. Ten wspomnieniowy filtr nie pozwala Ci dostrzec jak wiele piękna jest dookoła Ciebie. Wręcz przeciwnie, rzeczywistość zdaje się niewygodna, szara, beznadziejna. Tkwiąc w przeszłości nie czujesz potrzeby, żeby działać. A działanie to ruch, zmiana, wychodzenie ze strefy komfortu. To bodźce, które stymulują, które prowokują do podejmowania nowych wyzwań. Zastanów się czy żyjąc przeszłością nie unikasz przypadkiem odpowiedzialności za własne życie?   Może trwanie w stanie zawieszenia jest dla Ciebie wygodniejsze, bo nie niesie ze sobą ryzyka porażki? Jakiekolwiek by nie były Twoje pobudki to złe podejście, generujące negatywne myśli. Pamiętaj, unikając czegoś pozbawiasz siebie również sukcesów i pozytywnych doświadczeń w ogóle. Tak to już jest, że nasze życie dzieli się na to, co było, jest i będzie. I tylko skupienie się na tym, co jest teraz, pozwoli Ci zbudować piękną przyszłość. Ale jak to zrobić? Jak wyzwolić się z tej pułapki cofania się w czasie? Najpierw zastanów się dlaczego właściwie to robisz? Czy nie dlatego, że odczuwasz brak, który starasz się czymś zapełnić? Czy nie tęsknisz za liceum, bo wtedy czułaś się wyjątkowa, a teraz masz dodatkowe kilogramy i nikt Cię nie docenia? Czy nie wspominasz byłej dziewczyny, bo miałeś regularny, satysfakcjonujący seks, a teraz Twoje pożycie jest równe zeru? Jeśli uda Ci się ustalić przyczynę to połowa sukcesu.   Teraz po prostu musisz znaleźć rozwiązanie. Jeśli zatrzymałaś się gdzieś w czasie, kiedy chodziłaś do liceum i wtedy czułaś, że jesteś najlepszą wersją samej siebie spróbuj poczucie niezadowolenia zmienić w satysfakcję. Musisz oszacować czy Twoja samoocena nie wynika z nierealnych oczekiwań czy też możesz działaniem odbudować swój wizerunek. Wszystko tak naprawdę jest kwestią odpowiedniego nastawienia. Jeśli wolisz rozpływać się nad tym, jak szczupła byłaś to – paradoksalnie – akceptujesz swoje fałdki. Zdziwiona? No przecież rozpamiętując nie zredukujesz automatycznie kilogramów! Nie poprawisz swojej samooceny! Prawda? Co możesz zrobić? Zaakceptować sytuację. Stało się, jesteś tu, gdzie jesteś. Może sama doprowadziłaś się do takiego stanu, może w wyniku choroby Twoje ciało przybrało na wadze. To teraz nieważne, ważniejsza jest akceptacja, która pozwoli Ci zrobić krok do przodu. I kolejny. Wyznacz sobie realny cel. Na przykład: Chcę do września schudnąć 10 kilogramów. Albo: Chcę mieć płaski brzuch i smukłe uda. Masz już swój cel, teraz zaplanuj działania. Nie rzucaj się na głęboką wodę, nie oczekuj spektakularnych efektów od razu. Cel jest do osiągnięcia, ale rozłożony na kilka drobnych zadań. Skup się na nich, nie wybiegaj zbyt daleko myślami. Pamiętaj, ważne jest tu i teraz. Dlatego myśl o tym, jak dobrze wykonać dane ćwiczenia, a nie o tym, że chcesz być szczupła. Cel, owszem, jest ważny, ale droga, która do niego prowadzi znacznie ważniejsza.   Drugi przykład: Stale myślisz o byłej dziewczynie, o tym jak bardzo układało się wasze pożycie intymne. Seks z Twoją obecną partnerką nie satysfakcjonuje Cię. Czy wspominanie minionej miłości w czymkolwiek zmieni relacje z aktualną dziewczyną? Zanim przekreślisz swój związek zastanów się, co możesz zrobić. Może warto porozmawiać, szczerze, od serca? Może już rozmowa przyniesie odpowiedzi, wskazówki. Całkiem możliwe, że i druga połówka nie jest zadowolona. Dopuszczasz taką możliwość? Pożegnaj się zatem ze wspomnieniem o byłej dziewczynie. To co było, tego już nie ma. Masz za to obok siebie obecną towarzyszkę życia i jeśli jedyną bolączką jest nieudane pożycie, a cała reszta gra, to działaj! Wzdychanie, że kiedyś było lepiej nie wzniesie Twojego poczucia satysfakcji na alpejskie wyżyny 😉 Weź odpowiedzialność za ten stan rzeczy i pomyśl CO TY MOŻESZ ZROBIĆ, żeby było lepiej.  Jeśli ani rozmowa, ani konkretne działania nie zmienią Waszego życia intymnego, to cóż… najważniejszy jest ruch, zmiana. Nawet ta „zła” jest lepsza niż stan zawieszenia czy letarg.   Po prostu odpuść A teraz odwrócę perspektywę – spójrz na mnie! Jeśli czytasz mój blog, to wiesz jaka była jego geneza. Poroniłam czterokrotnie i te wspomnienia tkwiły we mnie wiernie w trakcie mojej piątej ciąży. Strach, niepewność, napięcie dominowały, nie pozwalając cieszyć się błogostanem. Nie jestem pewna kiedy, ale w moim myśleniu nastąpił przełom. Zaakceptowałam sytuację i pogodziłam się z tym, że po raz piąty poronię. Jednocześnie usilnie afirmowałam: „Dotrwam, urodzę”. I urodziłam. Jestem przekonana, że kiedy odpuściłam, kiedy pozwoliłam swojej przeszłości odejść – mój Syn mógł przyjść na świat. Dlatego staraj się, by przeszłość służyła Ci jako fundamenty i podpora, a nie mur, który dzieli i izoluje. Nie ma sensu sztucznie podtrzymywać przy życiu wspomnień. Kreujesz w ten sposób świat ułudy i umartwiasz się za życia. A ono jest właśnie tu i teraz – i jedyne co musisz zrobić, to ISTNIEĆ  w teraźniejszości. Nie wiesz jaka jest zasada numer jeden Poradnika Pozytywnego Myślenia? Koniecznie przeczytaj o tym, jak negatywnie na Twój sposób myślenia wpływa porównywanie się do innych <- klik Artykuł Nie patrz wstecz – Poradnik Pozytywnego Myślenia #2 pochodzi z serwisu Firliki. […]

  • Rzeczy, które dostrzeżesz dopiero po urodzeniu dziecka
    by estera on August 11, 2017 at 10:02 pm

    Rzeczy, które dostrzeżesz dopiero po urodzeniu dziecka, na które prawdopodobnie nie zwracałaś wcześniej uwagi, a przynajmniej nie były dla Ciebie takie istotne.  Rzeczy, które dostrzeżesz dopiero po urodzeniu dziecka     Chodniki i krawężniki   Taaaa, to nie jest tak, że wcześniej ich nie widziałam 😉 Po prostu samodzielne pokonywanie tychże nie jest takie problematyczne. Dopiero codzienne wędrówki z wózkiem dają w kość. Nagle okazuje się, że w mieście jest zbyt dużo wysokich krawężników i krzywych chodników. Zwykłe wyjście po chleb wymaga niekiedy zwinności godnej akrobaty i siły atlety 😉 Od kiedy zostałam matką wózkową o wiele częściej psioczę na stan miejskich chodników 😉 A już najbardziej mnie wkurza bezmyślność naszych planistów, którzy przy nowych inwestycjach nie uwzględniają matek z wózkami czy niepełnosprawnych! Taką to mamy politykę prorodzinną! Ludzie są zbyt głośni 😉   Ech, kiedy zostajesz matką sen dziecka jest na wagę złota. Każda przespana minuta czy godzina to czas, kiedy możesz odetchnąć, delektować się ciszą i w końcu pomyśleć. Dziecko, które nie śpi to czynnik wysoce dezorganizujący porządek dnia i rozbijający na drobne atomy logikę, którą na co dzień próbujesz się posługiwać. Marzysz więc, by Twoje dziecko przeszło w tryb standby 😉 i zrobisz wszystko, żeby je w tym stanie utrzymać jak najdłużej! Dlatego niezbyt przychylnym okiem patrzę na wszystkich, którzy przekraczają pewien poziom decybeli. A jest takich ludzi duuużo! Sąsiad za ścianą, który właśnie postanawia wywiercić dziurę w ścianie, przechodzień krzyczący coś do telefonu czy niecierpliwy kierowca, nadużywający klaksonu. Sklepy są nieprzystosowane dla matek z wózkami   Nie żeby łażenie po sklepie z dzieciakiem w wózku było dla mnie jakąś frajdą, ale czasem trzeba. A jak mus, to mus. Tylko jakoś po drodze nigdy nie ma sklepów bez schodków i z szerokim rozstawem regałów 😉 Muszę przyznać, że w takich wypadkach czuję się po prostu dyskryminowana! Czasami mam wrażenie, że kobiety, które zajmują się dzieckiem powinny siedzieć w domu (to znaczy, że taka jest wola otoczenia). Albo załatwiać sprawy same, bez dodatkowego nadbagażu. Tylko co mają zrobić te mamy, które nie mogą sobie pozwolić na opiekę nad swą dziatwą? Ja wiem, zaraz się ktoś znajdzie, kto powie, że są przecież zakupy przez Internet – ale nie zawsze tak się da. Na świecie są dzieci   🙂 Oczywiście ta wiedza była dla mnie dostępna jeszcze przed urodzeniem mojego Syna, ale dopiero teraz naprawdę dostrzegam dzieci. Wcześniej nie miałam pojęcia jak z nimi rozmawiać, nawet trochę unikałam bezpośredniego kontaktu. Wydawały mi się istotami z innej planety 😉 Teraz nie unikam komunikacji, zagajam, podtrzymuję konwersację, staram się zrozumieć przekaz. Myślę też o dzieciach znajomych, kiedy mają do nas przyjść. Zastanawiam się, co mogą zjeść, unikam niezdrowych rzeczy 😉 (przede wszystkim słodyczy). Ale też martwi mnie czy nie będą się nudzić. Staram się uwzględnić potrzeby zarówno dorosłych, jak i ich potomstwa. Jak dużo czasu miałam kiedyś <- klik   Te dni, kiedy wracałam z pracy zmęczona i narzekałam, jak mało mam czasu dla siebie…śmiać mi się teraz z tego chce, trochę przez łzy, przyznaję. Oj, dużo czasu miałam, i dzisiaj też pewnie mam go znacznie więcej niż mi się wydaje 😉 Jednak praca to praca, od do, z wolnymi popołudniami bądź rankami, z weekendami, świętami i urlopami…A kiedy zostajesz matką zostajesz powołana do całodobowej służby i nieważne czy świątek, czy piątek, dzień czy noc – czuwasz bezustannie. I zastanawiam się ostatnio, kiedy w końcu odpocznę… Zaczynasz patrzeć na świat przez pryzmat dziecka <- kilk   Wszelkie decyzje i czynności, które podejmuję uwzględniają dobro dziecka. Najpierw Syn i jego potrzeby, a później dopiero ja. Dla niego uczę się ostatnio nowych przepisów, dla niego selekcjonuję produkty. Myślę, które zabawki przypadną mu do gustu, ale jednocześnie wpłyną korzystnie na jego rozwój. Staram się świecić przykładem i zmieniam złe nawyki na dobre. Próbuję patrzeć na świat oczami dziecka, bo kiedy jedyne słowa, jakimi się posługuje to „am”, „nie” i „ja”, a płacz to najczęstsza forma wyrażania emocji, to trzeba się nieźle nagimnastykować, żeby odczytać jego potrzeby i bolączki. Wszędzie czyhają niebezpieczeństwa   Spektrum tego, co złego może przytrafić się Twojemu dziecku jest po prostu nieograniczone. Jako matka widzę zagrożenie WSZĘDZIE! Im pociecha większa i bardziej mobilna, tym ta skala zatrważająco rośnie. Dlatego matka wieszczy zagrożenia, wyprzedza wydarzenia i przewiduje konsekwencje pewnych czynów zawczasu. Powiedzą Ci, że przesadzasz, że za bardzo matkujesz i wyolbrzymiasz, ale Ty po prostu działasz instynktownie, bowiem odkąd urodziłaś Twoją powinnością staje się ochrona potomka. A jak było u Ciebie?     Artykuł Rzeczy, które dostrzeżesz dopiero po urodzeniu dziecka pochodzi z serwisu Firliki. […]

  • Matko, koniecznie zadbaj o swoją strefę komfortu!
    by estera on August 8, 2017 at 11:04 am

    Matko, koniecznie zadbaj o swoją strefę komfortu! Już! Teraz! Nie odkładaj tego na kiedyś, na potem, jak dziecko podrośnie. W przeciwnym wypadku emocje skłębią się w Tobie niczym gradowa chmura, której grożą silne wyładowania. I ostrzegam, mogą być ofiary w ludziach! Matko, koniecznie zadbaj o swoją strefę komfortu!   Od ponad półtora roku jestem matką. Żadne to osiągnięcie, bo i staż krótki, i inwentarz skromny 😉 Coś już jednak o tym macierzyństwie wiem. Że pełne jest paradoksów: z jednej strony nie potrafisz rozstać się z dzieckiem, z drugiej jesteś w stanie oddać je za darmo 😉 Że na początku jest ekstaza, zauroczenie małym zawiniątkiem, a później zmęczenie i rozczarowanie (gdybym wiedziała wcześniej…). Że macierzyństwo to nie constans (choć zostaje się matką do końca życia), a bardziej sinusoida. Bo raz sięgasz chmur, by za chwilę stoczyć się w dolinę cienia i łez. Nic Cię tak nie sponiewiera i usatysfakcjonuje jednocześnie, jak macierzyństwo właśnie. I jeśli kiedykolwiek wydawało Ci się, że jesteś zarobiona i czasu na wszystko wciąż masz za mało, to znaczy, że nie miałaś dziecka 😉 O tak, organizacja życia z nowym członkiem rodziny to prawdziwe wyzwanie. Ja dotąd pracuję nad idealnym planem, dzięki któremu pogodzę wszystkie swoje życiowe role! I ciągle bezskutecznie… Oddaję pokłon wszystkim matkom, które nie dają się zwariować i utrzymują w swoim życiu odpowiedni balans.   Wstyd mi czasem, że tak wymiękam, choć jestem w naprawdę komfortowej sytuacji: tylko jedno zdrowe dziecko, Męża i Babcie gotowe pomóc…A jednak! Wiecie dlaczego? Bo nie potrafię odpuścić. Jestem przekonana, że najlepiej zaopiekuję się dzieckiem, że tylko ja znam jego potrzeby i tylko ja potrafię odczytać sygnały, które wysyła. Nigdy nie chciałam być Matką Polką Cierpiącą, wiecie, taką męczennicą, która po latach wypomina jak się poświęciła. Zresztą zawsze miałam swoje marzenia i pragnienia. Dotąd je mam i ciągle próbuję urzeczywistnić. Nie udało mi się jednak wywalczyć pewnej autonomii w domu, czuję się czasem jak niewolnica, która nie może liczyć choćby na dzień wolnego. Ale, jak wspominałam, jest Mąż, są Babcie, więc dzieje się to wszystko za moim cichym przyzwoleniem… I chciałabym Was przestrzec przed taką postawą, bo naprawdę do niczego dobrego nie prowadzi.   Powoduje zmęczenie i frustrację. Generuje niepotrzebne konflikty w domu. Prowadzi do zaniedbania różnych życiowych sfer. Między innymi tej fizycznej, która odpowiada za to, że czujemy się kobieco. Będąc mamą łatwo się „zapuścić”. A bo chodzi się wiecznie niedospanym, upaćkanym z przyklejonym do piersi czy nogi dzieckiem. Zamiera też życie towarzyskie oraz zawodowe, więc siłą rzeczy redukują się sytuacje, w których trzeba popracować nad swoim „lookiem”. Od jakiegoś czasu walczę o odzyskanie swojej kobiecości, szukam inspiracji, głównie wśród innych mam, które mimo nawału obowiązków nie zapomniały o siebie zadbać. Nigdy nie interesowały mnie nowinki z dziedziny kosmetologii, ale ostatnio, kiedy tak mało czasu poświęcałam swojemu wyglądowi, zapragnęłam sobie w tej materii dogodzić. Postanowiłam, że zadbam o swoją strefę komfortu!  Czasem, przygniecione nadmiarem obowiązków, ledwo znajdujemy czas dla siebie.   Warto jednak zainwestować w swoje dobre samopoczucie, to zaprocentuje, gwarantuję 🙂 Moją inwestycją jest domowe spa. To bardzo wygodne, ponieważ bez wcześniejszego umawiania się i rezerwowania terminu, oddaję się drobnym przyjemnościom, przy okazji testując różne ciekawe specyfiki. Dzięki zespołowi Polski Kolagen miałam przyjemność przetestować scrub do ciała z linii kosmetyków Natural. I najpierw refleksja: cenię firmę Colway International za prostotę opakowań. Ja wiem, że nie jest to wartość nadrzędna, ale ten minimalizm do mnie przemawia. Wspominałam już, że jestem estetką i nie potrafię obojętnie przejść wobec czegoś, co cieszy moje oko 😉  Stąd moja dygresja. A teraz przechodzę do meritum 😉 Kiedy otworzyłam po raz pierwszy opakowanie miałam ochotę zjeść zawartość.   Zapachniało smakowicie 🙂 Patrzę w skład i zastanawiam się, co tak zadziałało na moje powonienie: olej ze słodkich migdałów? Nie, to nie to. Olej ze słonecznika? Też nie. Olej z awokado czy masło Shea? Hmmm, ciągle zimno. Dalej mamy masło z mango. Bingo! To musiało być to! A oprócz tego scrub zawiera w sobie wyciąg z morszczynu pęcherzykowatego i cukier trzcinowy. Naprawdę apetyczna mieszanka 😉 A jak inne wrażenia? Podczas stosowania kosmetyku odczucie jest bardzo miłe. Jest to chwila, w której można się zrelaksować: chłonąć zapach i cieszyć się lekkim masażem. Drobinki cukru trzcinowego usuwają martwe komórki, a mieszanka olejów i masła natłuszcza, co skutkuje nawilżoną, gładką i napiętą skórą. Ten efekt „po” sprawia, że człowieka sam siebie zaczyna macać i głaskać 😉 Naprawdę ciało jest wtedy miłe w dotyku! A i wygląda atrakcyjniej 🙂 Ale tak szczerze, najważniejsza jest dla mnie ta chwila sam na sam. Ten moment, kiedy swoje udręczone ciało oddaje działaniu kosmetyku. Kiedy dostaje wreszcie sygnał, że o nim nie zapomniałam i nie zapomnę zadbać. Najważniejsza jest dla mnie moja strefa komfortu. Dzięki pielęgnowaniu jej mam siłę, żeby dalej działać. A może chciałabyś poznać moje sposoby na zachowanie młodości? <- kliknij   Artykuł Matko, koniecznie zadbaj o swoją strefę komfortu! pochodzi z serwisu Firliki. […]

  • Czy wielka płyta może się podobać? – Szczecin inaczej #4
    by estera on July 27, 2017 at 9:44 am

    Czy wielka płyta może się podobać? Czy pudełka, które miały pomieścić jak najwięcej mieszkańców mogą w ogóle zachwycać? Może dobrze, że wielu blokowiskom mija już termin ważności? Czy wielka płyta może się podobać?   Blokowiska kojarzyły mi się niegdyś (czyli w wieku szkolnym) z posępnymi molochami. Pozbawione indywidualizmu mrowiska, w których tłoczą się anonimowi ludzie. Nikt nikogo nie zna, a każdy sobie wilkiem. Estetycznie mało efektowne pudełka przedziurawione oknami. Budowane w latach osiemdziesiątych osiedla wywoływały jeszcze jedno skojarzenie – z przesiadującymi na ławkach blokersami. Ci natomiast nie mieli u mnie wysokich notowań. Prości, ordynarni, bez horyzontów. Tak mi się przynajmniej, jako dziecku, wydawało 😉 Człowiek dorasta i pewne rzeczy ulegają weryfikacji. Może i nadal nie jestem entuzjastką bloków, ale patrzę dzisiaj na nie przychylniejszym okiem. Zwłaszcza, że stosuje się obecnie coraz więcej ciekawych rozwiązań architektonicznych. Są one bardziej przyjazne mieszkańcom, nie tylko użyteczne i funkcjonalne, ale harmonijnie wpisujące się w otoczenie. Również te, które wcześniej stanowiły przedmiot mojej niechęci, zyskują nowe oblicze. W jaki sposób? W najprostszy z możliwych – dzięki kolorytowi nadanemu elewacji. Okazuje się, że kolorem naprawdę można dużo zdziałać. Można prostej formie, dość płaskiej na pierwszy rzut oka dodać głębi. Uwypuklić, zaakcentować, ożywić. Kolor również buduje, stwarza iluzję przestrzeni. Ponadto, co przecież zostało udowodniono naukowo i jest stosowane w wielu dziedzinach naszego życia, oddziałuje na naszą psychikę. Powtarzam często, że miasto powinno być przyjazne mieszkańcom. W natłoku codziennych obowiązków, uwikłani w prozę życia, zabiegani i zapracowani nie zawsze mamy czas, żeby odetchnąć. Dlatego ważne jest, aby nasze otoczenie łagodziło życie w betonowej dżungli. Co przez to rozumiem? Dużą liczbę skwerów, odpowiednią infrastrukturę rowerową, czyste ulice oraz kompleksowe myślenie i konkretną wizję jeśli chodzi o estetykę miasta. Jednym z przejawów tego jest właśnie kolorystyka naszych budynków mieszkalnych. Jestem pełna uznania dla rozwiązań kolorystycznych zastosowanych na osiedlach Reda i Zawadzkiego. Z ponurych monumentów bliźniaczo do siebie podobnych wydobyto indywidualny rys. Od razu lepiej funkcjonuje się w przestrzeni. Oby więcej takich rozwiązań, a miasto naprawdę zyska nie tylko w oczach mieszkańców, ale i przejezdnych. Szczecin inaczej to cykl, w którym staram się pokazać miasto z innej perspektywy i oczywiście staram się do tego namówić innych. Dotyczy to nie tylko szczecinian, ale również mieszkańców innych polskich miejscowości – wszędzie warto zmieniać perspektywę. A może zainteresują Cię podobne artykuły? Przeczytaj koniecznie Sprejem po ścianach malowane <- klik Artykuł Czy wielka płyta może się podobać? – Szczecin inaczej #4 pochodzi z serwisu Firliki. […]

  • Blog Conference Poznań 2017 – subiektywne firlikowe spojrzenie
    by estera on June 15, 2017 at 11:45 am

    Blog Conference Poznań 2017 – wydarzenie, którego jako bloger/ka nie możesz ominąć. Dlaczego? Już odpowiadam. Blog Conference Poznań 2017   Cześć, mam na imię Estera i jestem blogerką. Brzmi jak ze spotkania anonimowych alkoholików, prawda? A tak być nie powinno! Pierwsza rzecz, którą sobie uświadomiłam na konferencji, to to, że bloger nie może pozwolić sobie na anonimowość, musi wyjść poza krąg osób, których trzyma się kurczowo, bo zna i dlatego bezpiecznie. Nie może się krygować i zasłaniać introwertycznością. Masz problem z wyjściem do ludzi? Piszesz, bo nie umiesz inaczej nawiązać relacji? Cóż, pogódź się zatem z tym, że będziesz pisać do szuflady. Niewielu z Was pewnie wie, że bloguję od 2012 roku…   …a tymczasem mam słabe zasięgi, ponad trzystu „fanów” na fejsie i w sumie jestem anonimowa jak cholera! Właściwie na własne życzenie, co uświadomiłam sobie ostatnio, a co potwierdziłam na Blog Conference Poznań 2017. Przyczyna jest prosta – myślałam, że dobre treści same dobrze się sprzedają, że dyplom polonistki potwierdza moje kompetencje, bo – UWAGA – myślałam, że blogowanie to synonim pisania!!! I póki sobie blogowałam na darmowym WordPress.com trwałam w tym przekonaniu tak głęboko, jak się da. Aż postanowiłam, że chcę swojemu blogowaniu nadać nowy, profesjonalny wymiar…i pojęłam jak błędne było moje rozumowanie. Nawet jeśli faktycznie dobrze piszę, to NIC nie znaczy!!!   Wystarczyło pojechać na Blog Conference Poznań 2017, żeby przekonać się na własne oczy. Setki ludzi, którzy marzą o fejmie, kasie, zasięgach i zaangażowaniu swoich czytelników. A to zaledwie kropla w morzu, a nawet oceanie. Zadajesz sobie wtedy pytanie – które właściwie powinieneś sobie zadać na samym początku blogowania – co mnie wyróżnia, co takiego mogę zaoferować, czego nikt inny nie ma?! Bo, HALO, takich mamusiek jak ja, co sobie na macierzyńskim postanowiły, że będą pisać o blaskach i cieniach tegoż macierzyństwa jest na pęczki! W czym takim razie jestem lepsza? Kolejna rzecz: bloger musi być odważny. Nikt tego może nie powiedział wprost, ale wymóżdżyłam to sobie pod wpływem warsztatów, rozmów, obserwacji. Niby do czego ta odwaga? W końcu bloger nie pracuje w kopalni, nie walczy z przestępcami, nie pokonuje karkołomnych przeszkód – do czego więc mu ta odwaga potrzebna? Ano na przykład do tego, żeby głosić niepopularne poglądy. Bo kiedy Twój blog czytają setki tysięcy ludzi, to ponosisz odpowiedzialność za każde słowo. Odwaga jest potrzebna do przełamywania swoich ograniczeń – na początku przecież nic nie wiesz, musisz szukać, pytać, próbować, a to oznacza błądzenie, ponoszenie porażek. To przecież, tak popularne ostatnio, wychodzenie ze strefy komfortu. Ilu, nie tylko blogerów, na to się zdobywa? Blog Conference Poznań 2017 uświadomił mi, że kluczową kwestią jest również networking. Nie można być skupionym wyłącznie na sobie i na swoich czytelnikach, bo istnieje jeszcze coś takiego jak blogosfera, czyli inni blogerzy i ich blogi. To trochę towarzystwo wzajemnej adoracji – i nie powinno to jakoś specjalnie dziwić, wszak każda grupa zawodowa ma takowe. Towarzystwo takie wzajemnie się wspiera, ale i inspiruje. A inspiracja jest wielce pożądana w świecie, w którym trendy się zmieniają i to, co nas interesowało wczoraj, dzisiaj jest już prehistorią. Ciągle zastanawiasz się czy warto wybrać się na taką konferencję? Nie zastanawiaj się, tylko jedź! Dywagowanie to ostatnia rzecz, której potrzebuje bloger. Działaj – tylko tak się przekonasz czy to dla Ciebie. A na miejscu korzystaj z wiedzy bardziej doświadczonych, daj się poznać, wyjdź z cienia, rozmawiaj, inspiruj się. Artykuł Blog Conference Poznań 2017 – subiektywne firlikowe spojrzenie pochodzi z serwisu Firliki. […]

  • Czego, jako mama, na pewno nie potrzebujesz – kilka wskazówek
    by estera on June 14, 2017 at 8:04 am

    Czego, jako mama, na pewno nie potrzebujesz? Co możesz olać, czym się nie przejmować i nie zawracać sobie głowy? Już Ci podpowiadam. Czego, jako mama, na pewno nie potrzebujesz?   Nie potrzebujesz: życzliwych rad innych osób   Trochę przesadziłam. Oczywiście nie chodzi mi o to, żebyś zupełnie zamknęła się na wskazówki bardziej doświadczonych mam. Sugeruję tylko nałożenie swoistego filtra, przesiania napływających informacji przez sito rozsądku i uwzględnienie szczególnego kontekstu. Jakiego? Ano tego, że Twoje dziecko jest indywidualnością. Nie Zosią, Frankiem, tylko Twoim dzieckiem. Ukształtowanym przez specyficzne okoliczności i niepowtarzalny kod genetyczny! I to, co sprawdziło się w przypadku Zosi czy Franka, niekoniecznie zadziała na Twojej pociesze. Nie potrzebujesz: przesiadywać na forach dla matek   Ja na początku macierzyńskiej drogi zapisałam się do kilku grup na Facebooku. I to był błąd. Niczego to nie wnosiło do mojego życia, a jedynie podsycało stan irytacji. Osobna kwestia, że niektóre mamy mają takie pytania i problemy, że czasami się zastanawiałam czy nie pozjadało im szarych komórek, druga sprawa, gorsza moim zdaniem – to aktywność mam ekspertek…Wiecie, takich co to są mądrzejsze od wszelkiej maści specjalistów i tonem autorytatywnym wieszczą swoje prawdy. Absolutnie nie rozumieją, że ktoś może postępować inaczej niż one i najłagodniejsza ich reakcją jest pobłażliwa protekcjonalność. Nie potrzebujesz: komentarzy ani ocen   Kiedy w Twoim życiu pojawia się pierwsze dziecko zdecydowanie potrzebujesz wsparcia. Czy to męża, czy to najbliższej rodziny. Na pewno nie potrzebujesz komentarzy typu: Ja to robiłam inaczej, Jesteś zbyt pobłażliwa, Powinnaś go sadzać, Leniuszek z twojego dziecka, A ja miałam dwójkę dzieci i posprzątany dom. I tutaj znowu się odwołam do indywidualnego kontekstu – Ty to Ty, to Twoje życie i Twoje dziecko, dlatego to Ty ustalasz priorytety. Sama dobrze wiesz co powinnaś zrobić albo czego potrzebujesz. Potrzebujesz na przykład, żeby ktoś pomógł zrobić zakupy, a nie wytykał kurz na półkach. Albo wziął dziecko na spacer, żebyś mogła się zdrzemnąć lub wykąpać. Zamiast komentarzy i ocen przede wszystkim konkretna, wymierna pomoc! Nie potrzebujesz: miliona gadżetów   Nie ma sensu kupować tych wszystkich wspaniałych gadżetów: super funkcjonalnych, pięknie świecących, mega eko lub wielozadaniowych. Jakiekolwiek by one nie były zdarza się, że nie użyjesz ich ani razu. Z macierzyństwem bywa często tak, że teoria rozmija się z praktyką, a to co sobie założyłaś nie zdaje sprawdzianu i nijak się ma do rzeczywistości. Najprościej zaopatrzyć się w niezbędne minimum i na bieżąco monitorować rozwój wypadków, zaopatrując się stosownie do okoliczności. Nie potrzebujesz: wyrzutów sumienia   Poświęcasz swojemu dziecku mnóstwo czasu i uwagi, zatem chwile poświęcone samej sobie nie są niczym złym. Nie miej wyrzutów sumienia, kiedy oddajesz malucha na więcej niż dwie godziny. Nie zadręczaj się tym, że błądzisz lub kulejesz z wielozadaniowością. Wszystko jest kwestią priorytetów! Ustal, co jest dla Ciebie najważniejsze i tym się kieruj. Jeśli spotkanie w babskim gronie, wizyta na siłowni czy nauka nowego języka jest niezbędna do osiągnięcia życiowej równowagi to znajdź na to czas i nie miej wyrzutów sumienia! Nie potrzebujesz: porównywania   To chyba zmora wszystkich matek – odwieczne porównywanie dzieci i ich rozwoju. A mój Zbysiu usiadł jak miał pięć miesięcy! Twoja Zuzia jeszcze nie chodzi? Moja już od dawna śmiga! Zobacz jaki Tomek wesoły i nie narzeka…Z jakiegoś powodu szybciej znaczy lepiej i wśród mamusiek i ich dzieci trwa konkurs kompetencji. Naprawdę tego nie potrzebujesz! A jeszcze bardziej nie potrzebuje tego Twoje dziecko. Jest jedyne i niepowtarzalne i rozwija się w swoim tempie w zgodzie z samym sobą. I jest to jak najbardziej normalne.   Jeśli niedługo zostaniesz mamą, to koniecznie musisz wiedzieć, że...<- klik. A Ty? Co dodałabyś do tej listy? Artykuł Czego, jako mama, na pewno nie potrzebujesz – kilka wskazówek pochodzi z serwisu Firliki. […]

Write a Review

Click to rate

Claim This Listing

Claim your listing in order to manage the listing page. You will get access to the listing dashboard, where you can upload photos, change the listing content and much more.